„Bezczłowiecze” to literatura faktu (jeszcze) niedokonanego. To historia o tym, jak człowiek na własne życzenie doprowadził do rozpadu kontaktów międzyludzkich poprzez zatracenie się bez reszty w świecie wirtualnym. W takiej rzeczywistości żyje Maciek – dziennikarz nieprzystający zupełnie do nowoczesności oraz Marta, dla której to, co wirtualne jest chlebem powszednim karmiącym jej próżność. Do czasu… Czy tragiczne zrządzenie losu, które połączyło ścieżki tych dwoje, może stać się początkiem odrodzenia człowieczeństwa?
Maciej Lasota, autor bestsellerowej książki „Przypadki, czyli awarie międzyludzkie” tym razem w zupełnie innej odsłonie. W „Bezczłowieczu” buduje świat, którego nie chcemy dostrzec, lecz czytając kolejne zdania, zadajemy sobie właściwe pytania, od których stronimy. Jeśli więc nadal nie jesteś gotów zauważyć własnego życia, nie czytaj tej książki. Czy Macieja Lasotę można nazwać polskim Paolo Coelho? W przypadku „Bezczłowiecza” zdecydowanie tak.
Książeczka tak niepozornych rozmiarów, a jej czytanie taaak nieprzyjemnie się wydłuża. W końcu uznałam, że nie ma to sensu. Nie mogłam dłużej wytrzymać tej paplaniny. DNF
A co by było gdyby ludzie przestali ze sobą rozmawiać? Gdyby kontakty międzyludzkie ograniczały się tylko do świata wirtualnego? W swojej krótkiej formie literackiej Maciej Lasota kreśli nam wizję takiego dystroficznego świata. Ten świat jest coraz bardziej nam znajomy i nie napawa to optymizmem. A przecież internet to znakomity wynalazek, który ułatwił funkcjonowanie na wielu płaszczyznach życia. Niestety relacje między ludźmi stają się coraz bardziej luźne, oczy wlepione w smartfony to widok codzienny. Obserwuję ludzi i przykre jest to jak kontakty między nimi często mają powierzchowne znaczenie. Potrafią godzinami pisać i dyskutować na komunikatorach, wysyłać morze emotików, a mijając się na ulicy nie powiedzą sobie nawet część😔.
Bohaterzy "Bezczłowiecza"; Maciek i Marta żyją już w takim świecie. Realne związki międzyludźmi, rozmowy, spotkania zanikły, a ich świat ogranicza się do wirtualnych kontaktów. Maciej- dziennikarz, który niezbyt dobrze czuje się w obecnej rzeczywistości i Marta, której tragedia doprowadziła do innego spojrzenia na swoje życie, odkrywają, że brak słów, brak rozmowy, brak kontaktu z drugim człowiekiem, czyni ich ludźmi smutnymi. Pozbawieni wypowiedzianych słów, pozbawiają się pełni życia. Czy ich spotkanie może być początkiem dobrych zmian? Historia Macieja Lasoty ma w sobie nuty poezji, filozofi, zachwytu nad słowem i literaturą. To rodzaj opowieści, która niesie ze sobą wartości, skłania do refleksji. Jest przestrogą, ostrzeżeniem tego, co może nas czekać. Taki świat nie jest czymś nierealnym, ja i ty też jesteśmy jego częścią. Ale każdy z nas ma potrzebę prawdziwego dialogu, bo dialog z drugim człowiekiem jest jak oddychanie. Słowa mają wielką moc, mogą pocieszyć, odmienić, choć mogą też boleć i ranić. Autor " Bezczłowiecza" podkreśla to ogromne znaczenie słów i ubolewa, że powoli stajemy się społeczeństwem emocjonalnych i słownych analfabetów. "Słowa w dzisiejszych czasach (...) są jak landrynki: albo właściwie ułożysz je w ustach i będziesz mógł się rozkoszować ich smakiem, albo staną ci w gardle - I kaplica!" Nie warto się zatracać, choć internet to fantastyczny wynalazek, dający wiele możliwości. Jednak, jak wszystko, w nadmiarze, może szkodzić. Nie dajmy się odczłowieczyć.
2.5 Rozumiem przesłanie, ale sama książka jest trochę protekcjonalna. Traktuje internet jako samo zło, nie wspominając ani słowa o tym, co nam daje, a fakt, że ktoś napisał coś złego w smsie nie znaczy, że to wina telefonu. To wina człowieka, na którego zachowanie wpływa wiele czynników. Poza tym ludzie są tutaj przedstawieni jako istoty, które NIE POTRAFIĄ rozmawiać i kiedy tylko usłyszą czyjś głos, uciekają. Trochę to przerysowane - może zrobiono to celowo, aby podkreślić powagę problemu, ale życie tak nie wygląda.
„Bezczłowiecze” to druga książka Macieja Lasoty i jakże odmienna od zabawnych „Przypadków, czyli awarii międzyludzkich”. Również traktuje o relacjach, jednak wydaje się dużo bardziej przenikliwa i dojrzała.
Autor zwraca uwagę na problem, który coraz dotkliwiej dotyka nasze społeczeństwo. W świecie wirtualnym potrafimy błyszczeć, ale trudno nam zamienić kilka słów twarzą w twarz. Chowamy się za swoimi smartfonami, by nie nawiązywać kontaktu wzrokowego, by nie zostać zmuszonym do rozmowy.
Czy nie najlepiej to widać w pociągach? Kiedyś po trzech godzinach wspólnej podróży, można było poznać czyjeś życie od podszewki. Teraz każdy zamyka się w swoim świecie, zakłada słuchawki na uszy i kieruje wzrok w telefon odcinając jakiekolwiek szanse na interakcję. Czy nie interesuje nas już drugi człowiek, a może to my mamy obawy, by pokazać swoją prawdziwą twarz?
Zamykając się w wirtualnym świecie, mamy możliwość kreować go według swojego uznania, podobnie jak siebie samych. Czy naprawdę utraciliśmy umiejętność rozmowy z drugą osobą, nasze reakcje w wirtualnym świecie obrazują emotikonki, a język ubożeje?
Marta i Maciek (czy zbieżność imion jest przypadkowa?) są światełkiem nadziei w tym kreowanym przez autora, zatraconym w iluzji, świecie, stroniącym od emocji, kontaktu, słowa. Każde z nich odczuwa potrzebę, by coś zmienić, by odnaleźć w życiu sens. Czy bezpośrednia rozmowa im to umożliwi?
Zwykła konwersacja twarzą w twarz urasta do rangi wydarzenia tak niezwykłego, że warto jej poświęcić powieść? Patrząc na kierunek, w którym zmierza świat, z pewnością tak.
Chyba nie wyszło. Irytujący, protekcjonalni bohaterowie. Czyta się jak podręcznik do polskiego. Chwilami wolałabym już strumień emotikon niż te wielkie słowa zlepione ze sobą, których jedynym celem zdaje się rozdrażnienie czytelnika.
„Uważam bowiem, że jako ludzie na własną prośbę pogrzebaliśmy swoją wyjątkowość, a nade wszystko ograbiliśmy się z radości, jaką od wieków niósł kontakt z drugim człowiekiem. Mówiąc krócej: żyjemy w odhumanizowanym albo zdehumanizowanym świecie, gdzie zamiast Słowa rządzi Pustosłowie”. Bardzo prosta i oszczędna w środki stylistyczne historia. Krótka forma - bogata treść. Niesamowicie ładnie napisana. Inteligentnie, z wyczuciem. Autor - mega obiecujący! Stronicowo - to taki "Śledzik na raz” ☺ - lektura zajmie najwyżej godzinkę lub półtora... Ale książeczka robi się naprawdę obszerna jeśli chcieć zinterpretować i poddać pod dyskusję zawarte w niej wątki i myśli. Może pod wpływem lektury nie całkiem czuję nie jak „drzewo wyrwane z korzeniami” ☺ ale pozostawiona sama na kilka ładnych chwil, aby pomysleć o rzeczach prozaicznych, ważnych i zapominanych - rozmowie, komunikacji, literaturze, słowie.