Katarzyna Nowakowska, znana jako K.N. Haner, to królowa odważnych, drapieżnych powieści o silnych kobietach. Jej sensualne, bezpruderyjne historie porywają tysiące Polek, a bestsellerowa seria Skandal rozpala wszystkie zmysły.
Wreszcie miało być jak w baśni (choć takiej tylko dla dorosłych): bezwstydny, namiętny kochanek, magiczny ślub i czerpanie z życia pełnymi garściami.
Ale Julia Widawska nie byłaby sobą, gdyby wszystko szło jej jak z płatka. Przygotowania do ślubu zbiegają się z wielkim zawodowym projektem o ogromnym znaczeniu, chciwy ojciec próbuje ją wykorzystać, by spłacić swoje długi, a jakby tego było mało – dawny kochanek wciąż nie daje o sobie zapomnieć.
Tyle że Julia dobrze wie, czego chce. I nie pozwoli sobą pomiatać. Jeśli ma układać sobie życie, to tylko na własnych zasadach. A każdego, kto wejdzie jej w drogę, pośle prosto do piekła!
Nowakowska przebija samą siebie – fanki Skandalu powinny się przygotować na emocje, których jeszcze nie doświadczyły!
Najnowsza seria Pani Katarzyny Nowakowskiej właśnie doczekała się zwieńczenia swoich losów, najpierw dostaliśmy Skandal, następnie Femme Fatale, a teraz mamy przed sobą Żądze. Moja droga z tą serią to jedna wielka sinusoida - tom pierwszy bardzo mi się podobał, drugi - już nie za bardzo, a ta część? Jest bliżej pierwszego wrażenia jednak go nie przebiła. Julia, James i Gaspard ponownie zawitali do naszych do domów i postanowili tu sporo namieszać, jak zawsze zresztą. Poprzednia część zakończyła się zaręczynami naszej bohaterki i jej drugiego adoratora (Gaspard) i teraz szykują się do hucznego ślubu, niemal wydarzenia sezonu w wyższych strefach. Do tego wydarzenia wszystko szło niemalże książkowo, jednak już w trakcie obecność pewnego osobnika popsuła atmosferę między partnerami. Tym razem muszę pochwalić postać Julii, która mimo, że czasem mnie irytowała to jednak tutaj mogłam poczuć jej rozwój i to jak się zmieniła. James pozostał Jamesem, chociaż dołożył sobie trochę rys przez pewne zdarzenia. Natomiast najsłabiej wypadła dla mnie postać Gasparda... bo to co zrobił to dla mnie nie nadaje się na wybaczenie, mimo tego, że po tym pokazał się z dobrej strony, która trochę to przykryła, to jednak mimo wszytko nie... Żądze to książka dla czytelników, którzy lubią trójkąty (w dużej mierze) emocjonalne, bo jak to mówią stara miłość nie rdzewieje i nie tak łatwo niej zapomnieć, zwłaszcza gdy t osoba jest zawsze gdzieś w pobliżu. Julia stoi między młotem a kowadłem w tym przypadku, bo każdy z mężczyzn ma swoje za uszami, są całkiem różny - jeden zimny, powściągliwy, a drugi czarujący, uderzający do głowy niczym bąbelki z szampana. Cieszę się z tego jak się książka finalnie kończy, bo inne rozwiązanie sprawiłoby, że rzuciłabym książką. Będzie się tu działo, autorka nie szczędzi Julii rozterek, które oprowadzą ją na krawędź wytrzymania pewnych kwestii, co wybierze Julia? Będzie to zależało tylko od niej, ja tylko zaznaczę, że w końcu postanowi zawalczyć o siebie co mnie bardzo ucieszyło.
Czasami mimo, że w życiu wszystko układa się jak w bajce, to niestety wydaje się, że szczęśliwe zakończenie w tym wypadku to za dużo, zwłaszcza kiedy niespodziewanie bajka zamienia się w najgorszy koszmar.
Wydawać by się mogło, że Julia Widawska w życiu wygrała los na loterii. Ma fantastycznego i namiętnego narzeczonego, ślub, o którym nawet jej się nie śniło, a z życia czerpie pełnymi garściami wszystko to, co najlepsze. Jednak kobieta nie byłaby sobą, gdyby wszystko układało się po jej myśli. Przygotowania do ślubu, ogromny projekt otwarcia nowego hotelu oraz dawny kochanek, który nie pozwala o sobie zapomnieć – to wszystko spędza jej sen z powiek. Bycie żoną również zdaje się odbiegać od jej wyobrażeń. Czy Julii uda się poukładać swoje sprawy i znowu zaznać szczęścia? Czy może jednak ucieknie z podkulonym ogonem?
Trylogię Katarzyny Nowakowskiej rozpoczętej „Skandalem” kończą „Żądze”. Szczęśliwa Julia w końcu ma to, czego w życiu zawsze pragnęła. Można by rzec, że historia jakiej wielu pragnie. Autorka przedstawiła w swojej powieści naprawdę sielankowy obrazek – wszystko było piękne, wszystko szło po myśli głównej bohaterki. I nagle dzieje się coś nieprzewidywalnego – wracają dawne problemy, które mieszają w tym uporządkowanym życiu. Przyznam szczerze, że ta ostatnia część trylogii podobała mi się najmniej. Zabrakło mi emocji i nieprzewidywalnych zwrotów akcji, mimo że autorka bardzo się starała.
Podczas lektury nudziłam się. Miałam wrażenie, że oscyluje cały czas na tym samym poziomie, przykuwając moją uwagę tylko na moment, kiedy pojawił się James, na którego nie dość, że musiałam długo czekać, to jeszcze wątek z jego udziałem do mnie nie trafił.
Nie chcąc spojlerować, nie zdradzę zakończenia, ale dodam, że troszkę mnie rozczarowało. Oczywiście szanuję pomysł autorki na fabułę całej serii i nie mogę napisać, że była beznadziejna, ale po prostu czegoś mi w niej zabrakło. Niemniej czytało się ją szybko i była naprawdę miłą odskocznią od poważniejszych pozycji. Jednak to część druga podobała mi się najbardziej. Stwierdzić mogę jednak śmiało, że „Żądze” są powieścią, która dopełnia i podsumowuje cały cykl, w którym nie brakuje gorących i pikantnych scen.
Chciałam przeczytać lekką książkę, taką typową guilty pleasure - szkoda że zasugerowałam się ładną okładką, bo dostałam kiepski i nudny romans. Ta książka jest słaba. Kiepski styl pisania, płascy i nudni bohaterowie, odrealniona fabuła.. nie wiem jak ufało mi się dotrwać do końca, chyba już Grey mi się bardziej podobał. Fanom „365 dni” będzie się podobało - to dokładnie ten sam styl.