Kradzież biżuterii, a w szczególności kamieni szlachetnych, jest atrakcyjnym tematem dla literatury kryminalnej. A im precjoza cenniejsze i bardziej strzeżone, tym bardziej specyficznych umiejętności wymagają one od złodziei. Dlatego zestawienie w powieści Małgorzaty Rogali dwóch pozornie zupełnie do siebie nieprzystających środowisk, jubilerów i akrobatów cyrkowych, ma pewien sens. W każdym razie taka zbitka nie powinna bulwersować, gdyby intryga została dobrze rozegrana.
Moim zdaniem nie do końca tak się stało. Może dlatego, że ani policjantki ani złodzieje nie robią wrażenia profesjonalistów. W efekcie działania prowadzące do rozwiązania zagadki i zażegnania kilku powstałych przy okazji kryzysów rażą infantylizmem. Kompetentni są jedynie rzeczoznawcy objaśniający unikalny charakter niebieskich diamentów skradzionych podczas warszawskich targów jubilerskich. Z kolei miłośnicy sztuki cyrkowej, do których nie należę, mogą się zapewne czuć usatysfakcjonowani długimi popisami trapezowej akrobacji. Najgorsze jednak, że w odróżnieniu od innych powieści autorki, żadna z postaci „Ostatniego skoku” nie wydaje się na tyle przekonująca, aby wzbudzić moje głębsze zainteresowanie, o sympatii nawet nie wspominając.