„Kot był pięknym mężczyzną” – podkreślają przyjaciele, jakby obraz Konstantego Jeleńskiego natychmiast wyświetlał się na ekranie ich pamięci, jakby to była zasadnicza cecha, bez której nie sposób przeniknąć do jego wnętrza. Dopytuję o szczegóły, ale rozumiem, że chodzi o coś nieuchwytnego. Padają określenia: „wdzięk”, „maniery”, „esprit”, ale to już przecież cechy duchowe, a nie fizyczna uroda. Przeglądam fotografie, rysunki, obrazy. Na szczęście Jeleński przyjaźnił się z artystami. Największe wrażenie robią na mnie dwa albumy przechowywane w paryskim archiwum Leonor Fini. Malarka przygotowała je po śmierci Kota, to była jej praca żałoby.
„Miał w sobie lekkość, nie licującą z polskim charakterem, o ile jest coś takiego jak polski charakter” – opowiadała Julia Hartwig. Lekkość nawiązywania kontaktów, wchodzenia w relacje z nowymi ludźmi. Ale może jego największym atutem była umiejętność słuchania, która zjednywała ludzi. Rozmówca czuł się doceniony, uszanowany. We wspomnieniach o Jeleńskim pisarze przytaczali jego opinie o ich własnej twórczości. Ale to nie wynikało tylko z ich egotyzmu. „Przeglądali się w nim jak lustrze” – mówi Renata Gorczyńska
Mój stosunek do eseistyki Jeleńskiego ma charakter „święty i czysty jak pierwsze kochanie”. Jego twórczość przyszła do mnie na początku liceum, kiedy cementowały się moje gusta czytelnicze i ugruntowywały się moje sądy estetyczne. W Jeleńskim odkryłem duchowego rówieśnika, kogoś kto spoglądał na sztukę przez takie same okulary i ujmował te myśli w słowa jakby żywcem wyjęte z mojej głowy. Erudycja Jeleńskiego, owiana legendami stawia przed czytelnikiem wysoki próg wejścia, ale – co istotne – nie wali od niej pretensjonalnością i chęcią popisania się własną elokwencją. Pozbawiona jest przy tym nieznośnego niekiedy (pseudo)naukowego żargonu. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia z tekstami, które wyszły spod pióra Jeleńskiego czaiłem się na jego biografię, odkąd Iskry zapowiedziały jej ukazanie się na rynku. Wydarzenie to, moim skromnym zdaniem, spóźnione jest co najmniej o 25 lat. Gdyby tę biografię napisać na przełomie XX i XXI wieku, istniałaby szansa bezpośredniej rozmowy z ludźmi, którzy pamiętali jeszcze portretowanego. Znaczny upływ czasu spowodował, że materiał badawczy zawęził się do piśmienniczych archiwaliów. Na plus tej biografii należy zaś zaliczyć młody wiek autorki. Jako osoba zbyt młoda, by móc mieć jakiekolwiek osobiste doświadczenie z Jeleńskim, uniknęła niebezpieczeństwa napisania hagiografii i mimo związków ze środowiskiem „Zeszytów Literackich”, którym Jeleński duchowo patronował, ze swego zadania jako biografki wywiązała się uczciwie.
Anna Arno podjęła walkę ukazania wielowymiarowego portretu Konstantego Jeleńskiego i z tej potyczki wyszła obronną ręką. Jest rzeczą zdumiewającą, nie mającą prawa bytu w dzisiejszym świecie social mediów, w ilu równoległych światach obracał się portretowany i jak światy te wzajemnie się nie przenikały. Polemizowałbym jednak ze stwierdzeniem Czapskiego, jakoby Jeleński był postacią proteuszową. Proteusz bowiem posiadł zdolność zmieniana formy w zależności od potrzeb, Jeleński zaś pozostawał autentyczny i na literackich salonach i w kręgu artystycznej bohemy i w gronie homoseksualnych przyjaciół w gejowskich barach i łaźniach. Jeśli poszukiwać zatem jakiegoś ekwiwalentu w mitologii, to bardziej pasowałby Janus. Jeleński bowiem, tak samo jak rzymski bóg, był człowiekiem o wielu obliczach i każde z nich zawierało jakąś cząstkę prawdy o nim samym.
Zasadniczy korpus biografii poświęcony jest omówieniu wielkich przyjaźni Jeleńskiego, przy czym autorka nie poprzestała, jak zazwyczaj się to czyni, na Gombrowiczu i Miłoszu, ale osobne rozdziały poświęciła i Czapskiemu i Iwaszkiewiczowi. Komplementując uczciwość Anny Arno nie sposób pominąć również szczerego opisu okoliczności towarzyszących śmierci Jeleńskiego. Choć oficjalną przyczyną zgonu był rak mózgu, nowotwór był chorobą współistniejącą obok AIDS, który był faktycznym sprawcą jego przedwczesnej śmierci. Arno jest pierwszą mi znaną osobą, która o tym napisała wprost, bez owijania w bawełnę. Potrafiła ukazać bohatera biografii we wszystkich jego splendorach, ale rzetelnie opisała również te epizody z jego życia, które rzucają nań inne światło. Jaka to wiązka – czytelnik musi ocenić sam.
Biografia pióra Anny Arno nie jest wolna od wad. Niekiedy bowiem skąpość archiwaliów zostaje przykryta gawędą na tematy luźno związane z bohaterem. Okoliczność nawiązania współpracy z „Kulturą” i przeprowadzką Jeleńskiego do Paryża są okraszone gęstymi ustępami, jak zaczynał Giedroyć & spółka. Podjęcie zatrudnienia w Kongresie Wolności Kultury zaś stanowi okazję do zarysowania historii Kongresu, co bardzo luźno związane jest z Jeleńskim. Rozgrzeszam tutaj autorkę do pewnego stopnia, gdyż stanęła przed niełatwym wyborem określenia, kto ma być docelowym adresatem tej biografii: czy osoba, której osoba Jeleńskiego nie jest obca i stąd zbędne jest czynienie szerszego tła historycznego, czy też totalny żółtodziób, któremu trzeba wszystko szeroko wyłożyć. Biografka zdecydowała się na drugą opcję i trudno ją za to winić, choć tok wywodu niekiedy bardzo odbiega od osoby Jeleńskiego.
Tę pozycję traktuję jako prolegomenę do biografii Jeleńskiego. Przesadą byłoby rzec, że będzie kamieniem, który ruszy lawinę, ale myślę, że pojawią się kontynuatorzy lub kontynuatorki, dla których Anna Arno będzie punktem odniesienia. Najnowszy monograficzny „Blok Notes” wlewa w moje serce sporo takiej nadziei. A reporterska uczciwość autorki jest dowodem na to, że chyba dojrzeliśmy już do otrzymania szczerej biografii Giedroycia.
Przestałam czytać w połowie, mimo sentymentu tak dla postaci Jeleńskiego, jak i samej autorki. Anna Arno wykonała tytaniczną pracę gromadząc źródła, i splatając ze sobą spojrzenia, fakciki, listy - ale brnie się przez to strasznie żmudnie, jak przez piasek, a nagrody nie widać. Cud Jeleńskiego się z tej książki nie wyłania, a prawda o jego życiu jest trudniejsza chyba, niż wszyscy- i autorka, i czytelnicy - oczekiwali.