O tym, jak moja mama w powojennym Wrocławiu pobierała pierwsze lekcje dziennikarstwa od redemptorysty, ojca Mariana Pirożyńskiego (tak, tego od Boya). I o tym, jak babcia Karczewska umierała na Alzheimera, dostarczając niechcący kolejnych tematów do rodzinnych anegdot, a ja się właśnie po raz pierwszy żeniłem. Wiem – ten opis brzmi osobliwie. I tak miał zabrzmieć.
Zajmujące pisanie autobiograficzne warszawskiego inteligenta.
Okazuje się, że określenie „mała stabilizacja” ma swoje źródło w tytule dramatu Tadeusza Różewicza „Świadkowie albo nasza mała stabilizacja” (s. 219).
Plus: „Byłem już po lekturze ‚Pierwszego kroku w chmurach’, gdy w garażu znalazłem magazynowane tam przez rodziców stare numery miesięcznika ‚Twórczość’. W jednym z nich znalazłem ‚Ósmy dzień tygodnia’. Była późna wiosna chyba 1970 roku. Przeczytałem, dowiedziałem się, że życie nie ma sensu i poszedłem na długi, samotny spacer w stylu noir. Napisałbym, że czułem się jak Humphrey Bogart, tylko że ja chyba jeszcze wtedy nie bardzo wiedziałem, kto to jest” (s. 137-138).