Co łączy samotną matkę, przyszłą pannę młodą i skazanego za morderstwo?
Historia młodego mężczyzny odsiadującego wyrok 15 lat więzienia oraz dwóch silnych kobiet, które poznają smak miłości i odrzucenia. Wszyscy troje mierzą się z konsekwencjami podejmowanych decyzji.
Anita, po trudnym rozstaniu, szukając nowego startu, przeprowadza się do małego miasta, w którym poznaje mężczyznę swoich marzeń. Sielanka nie trwa jednak długo…
Pola, wychowana w dobrobycie, córka kandydatki na premiera, dowiaduje się od babci, że wiele lat temu w mieszkaniu naprzeciwko doszło do zagadkowego morderstwa. Zaintrygowana postanawia odszukać zabójcę. W ten sposób trafia do więzienia, gdzie poznaje Borysa, który od 10 lat każdy dzień spędza tak samo – zamknięty w ciasnej celi.
Po pierwsze, to muszę się pochwalić, bo dosłownie pękam z dumy - piąte spotkanie z Wójciak i dopiero po raz pierwszy domyśliłam się w trakcie co i jak i miałam rację! Czy zatem mogę powiedzieć, że to była przewidywalna historia? Absolutnie nie! Moja teoria była jedną z wielu, a poznałam już styl autorki na tyle, że czytałam do końca z zapartym tchem, bo przecież wydarzyć mogło się wszystko. I właściwie można powiedzieć, że się wydarzyło. Po raz kolejny Wójciak dała do myślenia, wywołała całą górę emocji, żeby na koniec pozwolić czytelnikowi zdecydować jak zakończy się historia... Dziś wybieram pozytywne zakończenie. Takiego mi teraz trzeba. Było po pierwsze, to musi być i po drugie, a po drugie bardzo doceniam przygotowania do książki. To naprawdę się czuje, że autorka wie o czym pisze, że zgłębiła temat. A tematy porusza trudne, niecodzienne, można powiedzieć, że zupełnie niepopularne we współczesnej literaturze. To są książki, których się nie zapomina. I to jest chyba najlepsze podsumowanie :)
Książka faktycznie wciąga. Szczególnie ze względu na dwutorową akcję chcemy jak najszybciej dowiedzieć się jak połączą się losy głównych bohaterek. Jednak TO zakończenie. No nie, po prostu nie. Ciary żenady.
Minął miesiąc od premiery mojego urodzinowego patronatu tj. książki "Wyrok" Karolina Wójciak. Tak, urodzinowego, ponieważ książka ta powędrowała oficjalnie do czytelników właśnie w dniu moich trzydziestych szóstych urodzin. To jeden z powodów, dla których ten tytuł jest dla mnie wyjątkowy i pozostanie w mojej pamięci na zawsze.
Drugim powodem jest pisarski warsztat Karoliny, dzięki któremu kolejny raz mogę zanurzyć się w lekturę powieści oscylującej wokół kryminału, obyczajówki z wątkami psychologicznymi oraz romansu, napisanej dojrzałym, dopracowanym językiem, skłaniającym do refleksji. Bo książka rozrywkowa może nieść za sobą przesłanie, oj zdecydowanie może!
Trzecim powodem są bohaterowie. Autorka powołała do życia na kartach swojej książki konstelację zróżnicowanych, bardzo realnych postaci, których wątki poprowadzone są tak, że od samego początku zastanawiamy się, w jakich okolicznościach i czy w ogóle dojdzie do ich przecięcia. Mamy tu bowiem studentkę Polę, która postanawia obronić tytuł magistra dziennikarstwa w oparciu o pracę poświęconą osadzonym w więzieniu za morderstwo. Mamy Anitę - rozwódkę, która wraz z córką postanawia rozpocząć nowe życie i wikła się w relację z mężczyzną, od którego się uzależnia. A wreszcie mamy najbardziej mroczną i enigmatyczną postać, czyli Borysa - młodego mężczyznę skazanego na dwadzieścia pięć lat więzienia. Pojawiają się do tego postaci drugoplanowe, równie barwne i interesujące, co główni bohaterowie, wprowadzając w ich życie spory ferment i nadając całości fabuły dodatkowego kolorytu.
A co jeszcze poruszyło mnie w najnowszej książce Karoliny? O tym przeczytacie w najnowszym wpisie na moim blogu - zapraszam na domi-czyta.pl
Nie dałam rady, po 100 stronach miałam już dość. Brak realizmu, wystarczy być córka kogoś żeby przedostać się do więźnia w więzieniu bez problemu, jeszcze żądać by ten więzień mógł się spotkać z terapeutką na jakąś hipnozę - nie chce tego terapeutka - matka bohaterki na którą nazwisko ta się powołuje - nikt kto zna bohaterkę - pracownicy w więzieniu - nawet ten więzień o tym nie wie a gdyby wiedział to by się na to nie zgodził - policja, która nie zostaje w ogóle poinformowana, że jakaś kobieta, która myśli, że może wszystko dzięki nazwisku planuje próbować oczyścić tego więźnia z zarzutów Ta jednak po jednej wizycie w więzieniu cieszy się jak dziecko i każdemu nawet chorej babci chwali się z pobytu w więzieniu z którego nic nie wyniosła, ale co tam, to nie istotne. Sama boi się więźnia i nie wie czy podjęła dobrą decyzję ale co tam, nie ma co się zastanawiać nad tym co się robi. Ciężko jest podążać za tą bohaterką bo po pierwsze jest nudna, początek nudny jest strasznie, nie da się wciągnąć w historię jeśli zaczynamy od babci i brata bohaterki o której nie wiemy nic, o tych ludziach nie wiemy nic i nie mają oni nic zachęcającego do powiedzenia. Babci po 10 latach przypomina się o morderstwie co najpierw bohaterka zbywa ale ostatecznie podłapuje historię i zaczyna szperać. Co w takiej sytuacji powinno się zrobić to skontaktować z policją a nie chodzić po więzieniach Powód drugi, mimo że sama bohaterka mówi, że nie lubi tego to używa ona nazwiska swojej matki bez pozwolenia czy zapytania by łatwiej dostać to co chce. A gdyby jej matka była nikim to co ta by osiągnęła? Wychodzi na to, że nic. Z tego powodu ciężko jest wciągnąć się w historię. Sam powód wciągnięcia się w historię więźnia jest też słaby, musi ona wybrać jakiś temat na sesję i coś zacząć pisać, w tydzień, ponieważ ignorowała temat sesji na studiach zbyt długo, czekając aż z nieba spadnie zwalający ją z nóg temat, który właśnie jest jej przeznaczony, co jest idiotyczne, kto chodził do szkoły jakiejkolwiek wie, że to po prostu nie ma racji bytu, i znowu ma szansę, kolejny tydzień tylko dzięki nazwisku. Bo jak się ma problem to można go rozwiązać nazwiskiem, a jak się okaże, że nici z tematu i morderca to morderca i nie chce gadać to zostanie z ręką w nocniku (oczywiście nie zostanie bo autorka założyła, że wszystko się uda bo bohaterce tej wszystko wychodzi mimo, że nie ma ku temu podstaw) Tak więc mam śledzić perspektywę bohaterki, która ma nazwisko i go używa, żeby mieć rzeczy szybciej, bo kto by coś robił uczciwie, a matka to taka sobie była ale kilka miłych słów wystarczy, żeby kupić jej wsparcie. Jeden telefon i po problemie, z taką postacią ciężko się utożsamić i ciężko jej kibicować, bo kto nie miał w życiu tak, że przegrał bo ktoś inny z lepszymi kontaktami miał lepszy skontaktuj i tyle wystarczyło, nie wiedza, umiejętności tylko kontakty czy nazwisko. Bohaterka nie reprezentuje sobą nic ciekawego, tylko te nazwisko którego używa. Perspektywa druga przedstawia dość głupią kobieca bohaterkę, która tuż po rozwodzie z toksycznym mężem nie może sobie w życiu poradzić do momentu spotkania Krzysztofa. O pracę dla Krzysztofa będzie walczyć swoim ciałem ale o alimenty od ex nie, bo ma swój honor, no gorszego idiotyzmu nie słyszałam. Pieniądze by jej się przydały bo w końcu ma dziecko, ale co tam, ona z jej ex gadać nie będzie. Skoro jakimś cudem udało jej się w sądzie zwalczyć alimenty to czemu nie może iść jeszcze raz by ten te alimenty zaczął płacić? Nie wiadomo, ale podejrzenia są takie, że tak akurat pasowało autorce. Wracajac do Krzysztofa, Anita, czy jak ja tam zwał, zaczyna szaleć na jego punkcie jak psychopatka, co tam dziecko, musi iść do restauracji i nie mal umiera w środku gdy pieniądze się kończą i musi wrócić do domu z wakacji. Ryzykuje wszystko z pieniędzy, których nie ma (lepiej brać od koleżanki niż walczyć o alimenty) żeby zrobić niespodziankę Krzysztofowi, i żyją razem dopóki ten nie jedzie do Finlandii a potem średnio mu się widzi wracać czy chociażby dalej wysyłać pieniądze bo znalazł inna kobietę. Szczerze mówiąc po prostu nie interesuje mnie co się dalej stanie z Anitą bo inteligencja nie grzeszy, i zirytowała mnie jej ignorancja własnego dziecka na cześć biegania za Krzysztofem do restauracji. Zakończyłam lekturę na 108 stronie, nie dam rady przejść przez te dwie perspektywy i nierealne przedstawienie więzienia.
Powieść bardzo mi się podobała chociaż nie wskazywało na to na początku Poznajemy dwie historie dziejące się obok siebie. Mamy Polę, córkę znanej pani polityk, która żyje sobie na rachunek rodziców studiując oraz szukając swojego sposobu na życie. Ma w planach ślub z ukochanym Maćkiem który jest nauczycielem w pobliskiej szkole. Drugą bohaterką jest Anita, która jest świeżo po rozwodzie z mężem który znęcał się nad nią fizycznie. Poznajemy ją w momencie gdy zostaje sama z sześcioletnią córką Sarą i postanawia wyjechać z dzieckiem na dłuższe wakacje by odetchnąć i przemyśleć kilka spraw. Tam poznaje Krzysztofa, dużo starszego od siebie mężczyznę i zakochuje się w nim. Stawia wszystko na jedną kartę i postanawia zacząć z nim nowe życie. Natomiast Pola po rozmowie z babcią postanawia napisać swoją pracę magisterską o więźniach. O ich perspektywach po odbyciu wyroku. Co lub kto łączy te historie? Czy miłość może pokonać wszystko? Książka z każdą stroną zyskuje i wciąga coraz mocniej. W pewnej chwili kompletnie mnie pochłonęła i nie mogłam się oderwać. I to takie zwykłe życiowe historie! Myślę że duże znaczenie ma tutaj warsztat autorki. Potrafiła tak umiejętnie rozwijać fabułę, że człowiek musiał się dowiedzieć co jeszcze czeka naszych bohaterów. Długo nie mogłam wpaść na to gdzie się łączą te dwie historie. Mimo, że domyśliłam się tego strasznie byłam ciekawa jak dalej to się potoczy. I tutaj jak dla mnie autorka postąpiła genialnie z nie do końca zamkniętym zakończeniem. To od mojej wyobraźni zależy jak w moim mniemaniu to się zakończy. I mimo, że chciałabym wierzyć, że miłość pokona wszystko już chyba jestem za stara na takie naiwne myślenie.. 😉 Zdecydowanie muszę sięgnąć po inne książki autorki ♥️
Autorka kompletnie nie zna polskich realiów, chyba lepiej aby akcja książek rozgrywała się w Kanadzie, gdzie pani Wójciak mieszka. Język, którym operuje jest na poziomie szkolnym. Pomysł na powieść miał potencjał, ale może gdyby ją napisał zdolniejszy autor.