Opowiadaniami bym tego nie nazwała, raczej szkicami – zazwyczaj bez ogólnego początku czy zakończenia, po prostu fragmenty wymyślonego, acz prawdopodobnego życia. Nie wszystkie historie są warte wspomnienia, o niektórych zapominałam chwilę po przeczytaniu. A jednak książka jako całość ma wartość chociażby dlatego, w jaki sposób przedstawia życie (zwykle zimą) na prowincji. Myślę, że gdyby ograniczyć się do samych zwyczajów i opisów zmieniającej się natury, byłoby to znacznie ciekawsze.
●
Łkające ryby
Zaczęło się interesująco, ale pozostało bez rozwinięcia – czym naprawdę są łkające ryby? Ale nie to było osią powieści, a sam połów, wiejskie tradycje i relacje między poszczególnymi mieszkańcami.
Czuwając przy trumnie, nie potrzeba słów
Minęło kolejnych pięć lat i zmarł mój ojciec. Czuwałam orzy jego duszy w mroźną, bezksiężycową zimową noc. Siedząc przy nim, spoglądałam w niebo, nie mając ochoty na jakąkolwiek rozmowę. Strumień żałobników z kondolencjami przepływał obok, bo dla mnie w tym momencie byliśmy tylko my dwoje – ja i ojciec, dwie dusze prowadzące ze sobą niestrudzenie rozmowę serc. W końcu zrozumiałam, że możliwość czuwania przy duszy ukochanej osoby to też swego rodzaju szczęście. A do rozmowy z nią nie potrzeba słów.
Czuwając przy trumnie nie da się nic powiedzieć.
Miesiąc mgieł
Kolejne z opowiadań, które zobrazowało wiejski dom na tyle dobrze, że mogłam go sobie wyobrazić. Dość smutna historia, dziwna, i nie do końca wiem, jak ją oceniać.