Wielokrotnie podczas czytania miałam ochotę potrząsnąć tymi bohaterami. Zdecydowanie brakowało mi tam rozmowy. Dialogów było sporo, ale nie było porozumienia. Zapowiadało się, że będą przede wszystkim dobrymi przyjaciółmi, ale kompletnie zapomnieli rozmawiać o swoich uczuciach.
Zachowanie Barry'ego 4 lipca w hotelu trochę mnie zniechęciło. Rozumiem, że mógł się wkurzyć, ale c'mon, znali się raptem 3 dni, a zrobił jej wyrzuty, jakby co najmniej byli małżeństwem z 10-letnim stażem i przyłapał ją na zdradzie. Bez sensu totalnie. Zresztą sam potem najwyraźniej zapomniał, co mówił, bo jakoś szybko poszło mu obmacywanie jej przez sen (red flag).
W ogóle dużo było takich sytuacji od czapy, które mnie irytowały. W dodatku Laura, matka Barry'ego, tak mnie denerwowała... No nienawidzę takich bohaterów, czułam zażenowanie, gdy się odzywała.
Co mi się podobało? Lekkość, bo te historię naprawdę dobrze i szybko się czyta. Bardzo też przypadło mi do gustu to szaleństwo Amy: różowe kalosze, ratowanie slimaków, odpływanie w fantazje. To było coś ciekawego i zawsze z uśmiechem czytałam te fragmenty.