4,5*
"Ale czasem zdarza się coś, co popsuje ci plany (...). Można złościć się na los i płakać. Można obrazić się na świat i bez ustanku karmić żalem, że coś nie wyszło. Ale nawet jeśli coś nie wyjdzie lub kiedy coś się utraci, to jeszcze nie jest koniec świata. Zawsze można iść dalej (...).
W żadnym świecie nie przetrwasz, jeśli nie masz celu, do którego dążysz (...). I jeśli nie masz marzeń'
Jakiś czas temu przeczytałam dobrą, aczkolwiek bez szału, serię "Aleja bzów" pani Aleksandry Tyl, jednak sięgając po "Wschody i zachody słońca" nie skojarzyłam, że to ta sama autorka. I jestem pod wrażeniem, bowiem książka jest rewelacyjna. To jedna z tych opowieści, o których się nie zapomina.
W "Wschodach i zachodach słońca" przeplatają się dwa światy tj. obecny oraz ten sprzed kilkudziesięciu lat - głównie sprzed II wojny światowej.
Głównymi bohaterkami są wiecznie uśmiechnięta, apodyktyczna staruszka Hanka oraz jej młoda opiekunka Małgorzata vel 'Jadzia'.
Historia tych dwóch Pań jest interesująca, jeżeli dorzucimy do tego tajemniczego pisarza Roberta oraz fakt, iż wszyscy dookoła czekają, kiedy starsza Pani fiknie, by położyć łapy na jej wielkim spadku, robi się mega ciekawie.
Zakończenie wzrusza do łez. Z jednej strony czytelnik czuje niedosyt, bo wiele wątków z życia Hanki jest tylko wspomnianych i nie do końca wyjaśnionych, z drugiej jednak strony takie jest przecież życie.
Książkę odkładam na półkę 'ulubione', a Was zachęcam do jej przeczytania.