Nie ma w polskiej tradycji literackiej powieści, których osią fabularną byłaby kobieca zemsta, wyrafinowany i przemyślany odwet za doznane krzywdy. Na siłę można by przywoływać oblanego kwasem solnym Zenona Ziembiewicza, ale przecież skrzywdzona przezeń dziewczyna nie jest bohaterką "Granicy", a i jej zemstę trudno uznać za wyrafinowaną.
Irena Matuszkiewicz w swej debiutanckiej powieści opowiada historię czterech młodych kobiet po przejściach, mieszkanek wielkopłytowego, PRL-owskiego bloku w Toruniu. Główna bohaterka - Marta, trochę na oślep szuka szczęścia. Trzy pozostałe nie myślą już nawet o szczęściu, bo z trudem utrzymują się na powierzchni życia, ledwie wiążąc koniec z końcem. Paulina, Agata i Kasia we wczesnej młodości miały nieszczęście zaufać niewłaściwym mężczyznom. Wszystkie zapłaciły wysoką cenę za naiwność i niewłaściwie ulokowane uczucia: najpierw strachem i upokorzeniem, potem codzienną, upadlającą biedą. Teraz, dzięki energicznej Marcie zawiązują czteroosobową Agencję Złamanych Serc, której jedynym celem jest zemsta - nie na rodzie męskim jako takim, ale na konkretnych, znaczących dla ich życia panach. Dziwnym trafem wszyscy oni znakomicie poradzili sobie w nowej polskiej rzeczywistości i weszli do toruńskiej elity finansowej, a zarazem szarej strefy gospodarczej. Sprawiedliwą karą jest więc - zdaniem bohaterek - możliwie bolesne uderzenie niewiernych po zasobnej kieszeni. Mogłoby to stanowić zawiązanie akcji krwawego kryminału lub mrocznego dreszczowca, na szczęście autorka, oprócz współczucia dla skrzywdzonych wykazuje również poczucie humoru, choć, prawdę mówiąc, miejscami jest to czarny humor. Mamy więc wybuchową mieszankę matactw finansowych, stręczycielstwa, handlu żywym towarem i fałszywymi dziełami sztuki. Trup ściele się gęsto, podziemie gospodarcze i kryminalny półświatek zagraża zdrowiu i życiu bohaterek, ale wszystkie mrożące krew w żyłach wydarzenia dzieją się w powieści Matuszkiewicz właściwie mimochodem.
Klarowny i wcale pomysłowy wątek sensacyjny przeplata się w powieści z równorzędnym wątkiem czwartej przyjaciółki. Historia Marty, niespełnionej malarki, współwłaścicielki galerii plastycznej, pomysłodawczyni Agencji, a zarazem kobiety „na zakręcie" łączy i organizuje trzy historie krzywdy i zadośćuczynienia. Marta to najwyraźniej zarysowana, złożona postać - mocno stojąca na ziemi, trzeźwa realistka, błyskotliwa i inteligentna graczka. Jednocześnie zaś: naiwna do głupoty, kierująca się własnymi przedziwnymi wyobrażeniami o prawdziwym uczuciu, dojrzała kobieta, a jednak dziewczynka. Znacie? To poczytajcie; szczególnie uważnie finał powieści, w którym bohaterka dokonuje wyboru o doniosłych konsekwencjach życiowych i emocjonalnych. Bo nie to ładne, co ładne, ale co się komu - w końcu - spodoba.
Jestem wielbicielką mocniejszych książek, ale od czasu do czasu trzeba zrobić sobie przerwę i odpocząć od zbrodni. Tym razem wybrałam wznowioną przez Prószyński i S-ka książkę Ireny Matuszkiewicz, autorki prawie dwudziestu książek. Ta pozycja wydana została po raz pierwszy w 2002 roku, więc właśnie świętuje 20 rocznicę. Niby to samo stulecie, a czytając miałam poczucie że to wciąż były czasy wcale nie tak odległe od PRL. Autorka przedstawia losy czterech zaprzyjaźnionych mieszkanek blokowiska w Toruniu. Wszystkie dziewczyny są już w okolicach trzydziestki, każda z nich kiedyś źle zainwestowala swoje uczucia i została skrzywdzona przez faceta. Gdy główna bohaterka Marta, przyłapuje ukochanego na zdradzie, organizuje spotkanie i namawia koleżanki do stworzenia grupy, tytułowej Agencji, której celem jest zemsta na niewiernych i wyciągnięcie od nich pieniędzy za stary finansowe i moralne. Dziewczyny przystępują do akcji wykorzystując słabości każdego z facetów. Przy okazji wplątują się w afery kryminalne, bo przypadkowo nawiązują znajomość z szefem rodzącej się w tamtych czasach mafii, zarządzającej Agencjami "masażu" lub "ochrony". Książka to typowe "babszczydło" jak je nazywa moja ulubiona kuzynka. Nie jestem szczególnie wielbicielką tego typu literatury, bywały momenty, które mnie irytowały, a główna bohaterka ze swoim brakiem zdecydowania i podejściem "psa ogrodnika" wyjątkowo działała na nerwy. Jednak jest to bardzo dobra pozycja na weekendowy relaks, pozwalająca odetchnąć od obecnych ciężkich wydarzeń, a osoby lubiące taki gatunek będą zachwycone.