Do tej pory Nobunaga błyszczał, a cała reszta pozostawiała wiele do życzenia… Cóż, nadal o pozostałych samurajach tyle co kot napłakał, ale faktycznie zaczęli pełnić jakąś większą rolę i zaczęłam NAPRAWDĘ ICH ROZRÓŻNIAĆ! Za to sam Nobunaga ma tu spadek jak z górki na sankach krzywy ryj rozbić… Przez miłość dostał małpiego rozumu i bye bye ciekawa postaci, ech.
Choć samego w sobie nie było go tu za dużo, to zdecydowanie najciekawszy był w tym tomie wątek Mitsuhide (musiałam sprawdzić jak on się nazywał…). A byłoby naprawdę jeszcze lepiej, gdyby faktycznie dało się z nim wcześniej lepiej zżyć, bo wtedy jego działania miałyby większy impet na czytelnika. Z jednej strony nie dało się nie podejrzewać, że ta szczwana szuja coś kombinuje (choć dlaczego nikt go tam tak na poważnie nie podejrzewał to ja nie wiem…). Ale z drugiej był potencjał na postać naprawdę do mocnego polubienia i patrząc po szkielecie relacji, jakie zostały nakreślone pomiędzy Przystojnymi Samurajami – no, byłoby czym pier**lnąć w tym tomie. Ale jest jak jest. Choć tym razem za Mitsuhide jakiś dodatkowy plus.
A co do samego romansu… no, może trochę zaczynam to czuć. Bo faktycznie to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale relacja Mai i Nobunagi dosłownie dojrzewała. Do tego coraz bardziej wisi nad nimi widmo rozstania – bo otwarcie tunelu czasoprzestrzennego, którym Mai ma wrócić do domu jest coraz bliżej. Dodając do tego jeszcze fakt, że ta dziewoja to może grać w bingo sposobów, w które o mało nie kropnęła… jestem w stanie zrozumieć napięcie jakie powstało między nimi w tym tomie. Czy kibicuję? Chyba trochę… tak? Choć głównie z ciekawości, jak to się zakończy.