Kiedy natura obróciła się przeciwko człowiekowi, a całej cywilizacji groził upadek, nieoczekiwanie pojawiły się elfy. Zaoferowały ludziom przyjaźń i pomoc w zamian za możliwość osiedlenia. Wspólnie odbudowali świat ze zgliszcz. Jednak radość trwała krótko. Straszliwa zaraza doprowadziła do wymarcia wszystkich elfów...
Richard jest outsiderem, wolnym strzelcem, fotografem, dziennikarzem... Właściwie mógłby stać się każdym, byle tylko pozbyć się wyniszczającego bólu, przerażających halucynacji, wymazać swoją kartotekę, zacząć życie od nowa. Niespodziewanie trafia się ku temu okazja. Dostaje zlecenie od niezwykłej i potężnej Evangeline. Otrzyma to, czego pragnie, jeśli odnajdzie dla niej cztery klepsydry. Początkowo zadanie wydaje się banalne, jednak gdy trop prowadzi do Sleepy Graves, niezwykłego kolekcjonera i tajemniczego klasztoru, staje się jasne, że to dopiero początek największej przygody jego życia...
Uwielbiam sięgać po literaturę, o której nic nie wiem - albo słyszałem tylko, że "warto" i "dobre" - która mnie zaskakuje. W gatunku fantasy jednakowoż jest już mało takich książek, które są mnie w stanie zaskoczyć - będąc fanem fantastyki od pacholęcia, wydawało mi się, że poznałem już wszystkie motywy i schematy, jakimi się owa literatura cechuje.
To, że mało jest w stanie zaskoczyć, nie oznacza na szczęście, że nie ma takich pisarzy i książek, którym się to udaje. I do tych chlubnych wyjątków zalicza się ze swoimi "Wietrznymi Katedrami" Alice Rosalie Reystone.
Nie jest to jednak ani odkrywcze, ani nowatorskie podejście - ale na tyle pomysłowo wykorzystujące pewne lubiane przeze mnie motywy (swoiste urban fantasy, czy też historia alternatywna, w której elfy widząc zmierzającą ku niechybnemu upadkowi cywilizację ludzką, postanowiły ujawnić swoje istnienie i wesprzeć nas swoją wiedzą i magią) i posiadające tyle fajnie wykreowanych postaci - z głównym bohaterem Richardem, najemnikiem tudzież detektywem, pakującym się nieustannie w tarapaty wagabundą, wzorowanym wyraźnie na postaciach pokroju chandlerowskiego Phillipa Marlowe'a - i przerzucających się między sobą soczystymi dialogami, że trudno mi było od pierwszego tomu "Wietrznych katedr" oderwać.
Czułem też tu pewien klimat, który kojarzył mi się nieodparcie z nieco zwulgaryzowaną wersją humoru, którą cechowały się książki ze Świata Dysku. Zwłaszcza te z serii o Magach z Niewidocznego Uniwersytetu. Tu mamy pewien tajemniczy klasztor zamieszkany przez - nomen-omen - z bożej łaski Mnichów, która to menażeria w interakcjach między sobą i głównym bohaterem powodowała lawinę gagów, niczym w najlepszej komedii pomyłek.
Jeśli więc lubicie urban fantasy - w tym świecie równie skuteczna bywa broń palna, jak i rzucone zaklęcie, odmianę bazyliszka czy wiwerna, który zalągł się Wam w ogródku można sprawdzić w internecie, zaś największa gwiazda muzyki pop śpiewa do rytmów magicznej Onyksowej Harfy - ze sprawnie poprowadzoną fabułą, obfitującą w masę - naprawdę MASĘ - zwrotów akcji, z której bohaterami trudno się rozstać, to "Wietrzne Katedry" są dla Was pozycją idealną.
Zdecydowanie polecam a sam sięgam po kolejny tom...
Przy każdym " na onyksową harfę" i "niech by to elfia zaraza" myślałam, że zaraz mnie takowa strzeli. Dodatkowo książka była przeraźliwie nudna do tego stopnia, że musiałam się zmuszać żeby na niej nie usnąć. Pierwszy rozdział był całkiem ciekawy, ale niestety nie związany z resztą akcji książki, a przynajmniej takiego powiązania na koniec pierwszego tomu nie widzę. Kontynuować serii w związku z powyższym raczej nie przewiduję.