„Bagno" to zapis kilku lat życia mężczyzny, który tonie w mieście, w ciałach, w substancjach i w sobie. Warszawskie aftery, Plan B, prysznice po „bombkach” i kolejne twarze, które się rozmazują. To spowiedź bez Boga, dziennik zjazdu, kronika człowieka, który próbuje zrozumieć, gdzie kończy się przyjemność, a zaczyna przemoc. Brutalna szczerość. Czarny humor. I czułość, która czasem boli bardziej niż wszystko inne. Nie upadek boli najbardziej, ale cisza po nim.
mimo, że nie dotarłam do tak głębokiego bagna, ta książka przypomniała mi, dlaczego przestałam sięgać po używki. podróż z Patrykiem po jego latach 20stych wywołała we mnie ogrom emocji, współodczuwałam wstyd, samotność, beznadzieję, smutek i złość. „bagno” pokazuje, że jesteś w stanie z niego wypłynąć. mówi też to, czego wiele osób w kryzysie uzależnienia, i nie tylko uzależnienia, nie jest w stanie powiedzieć głośno.
"Bagno" zgodnie z tytułem wciąga i to bardzo. Jednak nie jest to przyjemna lektura, tu nie znajdziecie nic komfortowego, wręcz przeciwnie. Jest duszno, lepko, wulgarnie i im dalej idziemy z bohaterem, tym bardziej uświadamiamy sobie, że chyba nie będzie lepiej.
Cenię autora za to, że nie dał nam wygody, ani utartej ścieżki "od zera do bohatera". Ma nam być niewygodnie, mamy poczuć tę beznadzieję i stan umysłu w którym utknął Pat. „Bagno” to opowieść o uwikłaniu. W ludzi. W przeszłość. W siebie. O tym, że czasem największe zagrożenie nie czai się na zewnątrz, tylko bardzo blisko. Czytałam ją powoli. Momentami odkładałam, żeby złapać oddech. Bo to nie jest książka do „odhaczenia”, tylko do poczucia.
Myślę, że wielu ludzi ta książka odrzuci już po kilku pierwszych stronach. Ale jeśli lubisz literaturę, która zostawia ślad – warto wejść w to bagno.
24 godziny po patrzeniu, jak Patryk tańczy na scenie i przeżywa time of his life zabrałam się za czytanie o tym, jak był na samym dnie. Dobrze, że styl prowadzenia opowieści był tak lekki i przyjemny, bo co chwilę czułam, że już więcej nie przyjmę, że boję się towarzyszyć Patowi w dalszej podróży. Jednak gdyby nie konieczność wstania rano, dokończyłabym książkę za jednym razem. Masochistyczna przyjemność. Poczucia lęku i niepokoju będę pozbywać się przez następnych 5 dni roboczych. Jednak w tej historii nie tonie się do końca w beznadziejności. Kotwicą jest mindset opowiadającego. Nazywa emocje, stany, czuć, że jest na zupełnie innym etapie życia. Odzyskuje kawałek po kawałku swoje dawne sytuacje. To kawał dobrej, cholernie ciężkiej roboty. Nie znamy się Patryk, ale czytając byłam z Ciebie dumna. Co prawda wspomniany mindset przypomina też co chwilę, że tak, cały czas mówimy o tej samej uśmiechniętej i pluszowej osobie, co jest dramatyczne (i co mój mózg bardzo zgrabnie wypierał).
Najbardziej cieszę się, że mogliśmy spotkać się w Klubie Komediowym na wydarzeniu związanym z promocją książki. Patryk (i Madam oczywiście) inspirują mnie nieustannie do chodzenia własnymi ścieżkami i bycia dziwadłem. Dzięki!
Na marginesie: zdarzało mi się prowadzić warsztaty dla młodzieży o uzależnieniach i teraz zastanawiam się, jak te książkę można by było do nich włączyć, gdybym miała taką okazję ponownie. Do przemyślenia.
Moja opinia nie jest zbyt obiektywna, ale daję zasłużone 5 gwiazdek za wszystkie te emocje.
Dobrze się czyta ale dla mnie nic poza tym. Trochę czułem się tak, jakbym wrócił do czasów gimnazjum i sięgnął po kolejny rozdział „pamiętnika narkomanki”. Nie dostałem nic poza udokumentowaniem melanżu za melanżem. Nie znalazłem tu emocji, żadnej. Po zapowiedziach P. spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Przykro.
biegnij lola, biegnij, ale to patryk i pod wpływem narracja jest prowadzona wartko, bez przerwy na oddech nudnej codzienności, bo tu od melanżu do posiedzeń kanapowych minus jedna gwiazdka za niezgrabności językowe (czasami)