Prequel powieści In Another Life. Historia losów Marianne Coleman i Williama Clintona.
Marianne to pesymistyczna nastolatka pochodząca z ubogiego, ale szczęśliwego domu. William stanowi jej przeciwieństwo – wywodzi się z bogatej rodziny, jest w stałym konflikcie z ojcem, a mimo to w każdej sytuacji potrafi odnaleźć pozytywy.
Chłopak jest zakochany w Marianne i próbuje zwrócić na siebie jej uwagę, ale ona odrzuca wszystkie jego starania. Sytuacja ulega zmianie, gdy tata dziewczynyulega wypadkowi, przez co staje się niezdolny do pracy. Na pomoc przychodzi William i przez parę następnych miesięcy pomaga panu Colemanowi w porcie, dzięki czemu dziewczyna zaczyna odkrywać w nim coś wartego uwagi.
Między Williamem i Marianne pojawiasię nić porozumienia, ale na drodze staje im ojciec chłopaka.
Czy jedna sprzeczka przekreśli szansę naszczęście?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
„to takie zabawne, że człowiekowi do pełni szczęścia potrzeba jedynie… drugiego człowieka. jednej odpowiedniej osoby. bratniej duszy. świat wokół mógł się palić i walić, a ja umierałbym ze szczęścia tylko dlatego, że dostąpiłem tego zaszczytu i miałem ją obok.”
w tej książce zderzyłam się jednocześnie z moim największym marzeniem i największym lękiem. bo od wielu lat niczego nie pragnę bardziej niż odnalezienia osoby, która pokochałaby mnie bezgranicznie. i choć miłość jaką obdarzyli siebie william i mari jest dla mnie nierealna, przez to jak jest ogromna, to staram się wierzyć, że gdzieś na tym świecie znajduje się mój william, dla którego ja mogłabym stać się jego mari. ale jednocześnie strasznie boję się tego, że nawet jeżeli znajdę swoją bratnią duszę, los nie pozwoli mi na bycie z tą osobą. bo czy jest coś bardziej obezwładniającego niż niemożność życia z osobą, która jest dla ciebie wszystkim? bo jak żyć dalej, kiedy zamiast serca masz czarną dziurę? jak nie bać się pokochać, kiedy jest tak dużo do stracenia? ale william i mari pokazują, że mimo wszystko warto. bo to co oni mieli, było wyjątkowe. i pomimo tego jak potoczyła się ich historia, nie żałowali. żadnej sekundy spędzonej razem.
„jeśli miłość naprawdę jest chorobą, mogę na nią umrzeć, nie szkodzi, ponieważ kochanie Cię to najpiękniejsze, czego doświadczyłem.”
This entire review has been hidden because of spoilers.
Byłam przekonana, że będę płakać przy tej historii, ale fakt, że wiedziałam, jak się ona skończy, sprawił, że stało się inaczej. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas czytania bolało mnie serce i z każdą kolejną stroną czy rozdziałem zastanawiałam się, czy aby na pewno chcę to czytać. Ta historia była cudowna, a dodatkowo bohaterowie sprawili, że bardzo szybko się z nimi zżyłam i bardzo ich polubiłam, a czytanie ich historii było przyjemnością.
Na samym początku chciałabym bardzo podziękować wydawnictwu za egzemplarz do recenzji, a Angelice za kolejną szansę poznania jej historii.
„When We Were Young” to książka z tych, po których przeczytaniu nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Zaczynając czytać tę historię wiedziałam, że wyleje na niej morze łez, ale nie przypuszczałam, że już sam prolog złamie mi serce na miliony kawałeczków…
Ale zacznijmy od początku. Pozwólcie, że przedstawię wam dwójkę nastolatków, których historia złamała mnie na każdy możliwy sposób, i po której nie wiem, czy kiedykolwiek się pozbieram.
Marianne Coleman to młoda dziewczyna, która w swoim życiu wcale nie miała łatwo. Pochodzi z dość ubogiego domu, ale ma dwójka bardzo kochających rodziców, na których wie, że może liczyć. Mari miałam okazję poznać już w ,,In Another Life”, ale poznanie jej całej historii to był dla mnie cios. Wiedza jak jej życie się potoczyło wcale nie złagodziła bólu, jaki czułam. Mocno zżyłam się z tą bohaterką i wiem, że na długo zostanie w mojej pamięci.
William Clinton to chłopak, któremu oddałam serce już na starcie. Tego bohatera po prostu nie dało się nie pokochać. Cóż, Mari mogłaby mieć na ten temat inne zdanie, ale sama coraz bardziej w to wątpiła. Will jest całkowitym przeciwieństwem naszej Marianne. Pochodzi z bogatej rodziny i żyje w ciągłym konflikcie z ojcem. Jego przyszłość jest z góry zaplanowana, jednak on marzy jedynie o tym, by poślubić dziewczynę, która jednym spojrzeniem skradła całe jego serce. I choć uchodzi za chłopaka, który jedynym uśmiechem potrafi rozświetlić dzień, prawda jest taka, że w środku czuję wyłączę pustkę, którą tylko ona potrafi wypełnić…
Ona nie chciała dopuścić go do siebie, bo wiedziała, że ich światy są zupełnie różne i nie chciała wierzyć w to, że on mógłby pokochać ją taką jaka jest. On w żadnym razie się nie poddawał i na każdym kroku pokazywał jej, że dla niego liczy się tylko ona. Tylko, że nie zawsze życie pisze dla nas szczęśliwe zakończenia, nawet jeśli byśmy tego bardzo chcieli…
Marianne i William to bohaterowie, którym oddałam całą siebie. Ich historia łamała i sklejała moje serce raz za razem. Wiedza, jak skończyła ta dwójka nie osłabiła mojej nadziei, że może jednak los będzie dla nich, łaskawszy, lecz niestety to były tylko moje naiwne marzenia.
Mari i Will są swoimi całkowitymi przeciwieństwami. Marianne to zdecydowana pesymistka, a William to promyk słońca. Ale razem tworzą parę idealne. Tak cudownie czytało się o tym, jak Will cały czas starał się, aby Mari spojrzała na niego, jak na kogoś, z kim widziałaby swoją przyszłość. Mari trudno było otworzyć przed nim serce, ale gdy w końcu to zrobiła, pozwoliła sobie czerpać z ich relacji wszystko to, co było im dane.
Nie chciałabym wam zaspoilerować tutaj za dużo ich historii, bo uwierzcie mi, że przeżycie jej to coś wspaniałego, ale zarazem bolesnego. „When We Were Young” to książka, która na długo zostanie w mojej pamięci. Z ręką na sercu polecam wam po nią sięgnąć i zatracić się w tym cudownym klimacie i oddać serce bohaterom. 🥹🤍 𝐝𝐨 𝐧𝐚𝐬𝐭𝐞̨𝐩𝐧𝐞𝐠𝐨 𝐊𝐚𝐫𝐨𝐥𝐤𝐚 ♥
gdy w zeszłym roku wzięłam się za czytanie książek spod pióra Angeliki nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie sobą zauroczą. ta historia jest tak piękna, a jednocześnie pełna bólu. wylałam potok łez na tej książce, ale jednocześnie pragnę móc przeczytać tą książkę bez wiedzy co będzie dalej…
To jest właśnie jedna z tych książek, którą ciężko usunąć z pamięci. Mimo tego, że skończyłam ją czytać pare godzin temu, nadal nie mogę przestać myśleć o Williamie i Mari jak i o tym co im się przytrafiło. To słodko-gorzka historia o miłości, która narodziła się bardzo wcześnie i przez lata musiała mierzyć się z wieloma próbami.
Matko boska, skończyłam… nie mówcie do mnie, chyba się nie czuję, ludzie zamawiajcie to, jedna z piękniejszych historii jakie czytałam, i co ja mam teraz ze sobą zrobić?!?
Gdy czytałam 𝐈𝐍 𝐀𝐍𝐎𝐓𝐇𝐄𝐑 𝐋𝐈𝐅𝐄 od razu moją uwagę zwróciła pani Fisher i powiem szczerze, że staruszka skradła moje serce. Po przeczytaniu historii lawendy i lasu w mojej głowie wciąż widniała myśl: „Jaką historię tak naprawdę Marianne ukrywała przez tyle lat w swoim zamkniętym i złamanym sercu?”. Po przeczytaniu ich historii dostałam na nie odpowiedź.
𝐖𝐖𝐖𝐘 śledziłam od początku na Wattpadzie. Każdy rozdział tylko bardziej rozkochiwał mnie w sobie. Ta lekkość, z którą Angelika pisze każdą ze swoich książek, jest po prostu przecudowna. Już nie wspomnę, że 𝐖𝐢𝐥𝐥𝐢𝐚𝐦 𝐂𝐥𝐢𝐧𝐭𝐨𝐧 skradł moje serce już po pierwszym rozdziale.
Pióro Angeliki znam doskonale, jest jednym z moich ulubionych. To niesamowite, jak świetnie potrafi nas wprowadzić nie tylko w sam świat książki, ale także przedstawić emocje bohaterów tak, że jako czytelniczka również przeżywałam wszystkie sytuacje razem z nimi.
Historia Marianne i Williama nie tylko pochłonęła moją duszę, ale roztrzaskała również moje serce na miliardy malutkich kawałków, których nie dało się już pozbierać.
„Chodzi o to, że możesz mieć wokół siebie mnóstwo osób, ale gdy nadchodzi twój czas, jesteście tylko ty i śmierć”.
Pierwsza miłość potrafi być przelotna, jednak w przypadku ich historii to pierwsza i jedyna miłość, na którą sobie pozwolili. To jedyna prawdziwa miłość, której doświadczyli.
William Clinton zakochał się w pewnej brunetce od pierwszego wejrzenia. Nie było dnia bądź nocy, gdy nie myślał o swojej uroczej Marianne, o której marzył. Po prostu przepadł. Chłopak pochodził z bogatej rodziny, jednak czy szczęśliwej? William jest zdecydowanie moim ulubieńcem w tej historii. To po prostu istne słoneczko, które nigdy się nie poddawało, nawet jeśli Mari miała go dość (a zdarzało się to bardzo często 😉).
Chłopak oddał jej całe swoje serce jak na złotej tacy. Był jej oddany aż do samego końca.
Marianne to totalne przeciwieństwo. Pochodzi z biedniejszej rodziny, otoczonej wsparciem i miłością, jednak nienawidzi ona Williama Clintona. Uważa, że taki chłopak jak on nigdy z własnej woli nie spojrzałby na taką dziewczynę jak ona. Jednak z kolejnymi rozdziałami powoli otwierała się przed Williamem, pozwalając mu wejść do jej świata i poczuć jej emocje.
Och, jak bardzo się myliła..
Ich historia jest bolesnym przykładem tego, jak jedno niedopowiedzenie może zniszczyć wszystko. Jak jedna sytuacja bądź słowo może zburzyć wszystko, na co ktoś pracował latami. 𝐖𝐖𝐖𝐘 to opowieść bolesna, lecz piękna.
„Kochanie go jest niebezpieczne. Ale też niesamowicie przyjemne”.
Relacje z rodzicami obojga bohaterów są totalnymi przeciwieństwami. Podczas gdy Mari może liczyć na wieczne wsparcie i miłość rodziców, u Williama relacja z ojcem jest koszmarem. Ojciec chłopaka jest ostry i oschły, krytykuje go na każdym kroku. Przy nim William tracił swoją radosną stronę. Jest jednak oddany swojej mamie, która stanowi jego małe światełko w ciemnym tunelu, jakim jest jego ojciec.
Tutaj muszę odnieść się do wątku miłosnego pomiędzy tą dwójką, który był po prostu magiczny. Marianne, mimo ciągłego zaprzeczania, że czuje cokolwiek do Clintona, w końcu uświadamia sobie, że przepadła dla tego chłopaka. Że bez niego jej życie jest szare i bezuczuciowe. Że bez niego nie ma też jej.
Angelika w 𝐖𝐖𝐖𝐘 pokazała nam obraz prawdziwej, ale bolesnej miłości, która nie zawsze musi kończyć się happy endem. Mimo podejrzewania, jaki będzie ich koniec, i tak nie spodziewałam się takiej karuzeli emocji. Po czwartym razie, gdy zaczęłam płakać, przestałam liczyć, ile razy zrobiłam to ponownie. Historia dziewczyny piszącej w pamiętniku i chłopaka, który całkowicie dla niej przepadł, na zawsze zostanie jedną z moich ulubionych pozycji.
Bo przecież historia może się powtórzyć, ale to my mamy ostateczne słowo, jak może się skończyć.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Nawet nie wiem, od czego mam zacząć. Ja nie czytałam „When We Where Young”, ja przeżywałam tę historię razem z bohaterami. Tu nie ma emocji jako dodatku, tylko one są tu one fundamentem, który trafia proste w serce.
[Marianne Coleman to najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałem.]
Od początku wiedziałam, że to nie będzie tylko młodzieżowy romans, a coś więcej. Coś tak boleśnie prawdziwego, że czułam się, jakbym czytała pamiętnik pisany przez Marianne i Williama. Angelika potrafi cudownie i lekko pisać historię, jednocześnie trafiając w sam środek serca.
Wszystko w tej historii jest prawdziwe - emocje, spotkania, dialogi, a relacje? To jest prawdziwa dojrzewająca, bolesna miłość. Autorka nie pokazała ich relacji jako czegoś cukierkowego i bezproblemowego, tylko udało jej się ukazać prawdziwość tego uczucia i to jeszcze w nastoletnim życiu, gdzie świat jest pełen porażek, złych decyzji czy stosem niewypowiedzianych słów.
[– Znam to spojrzenie. Od dwóch lat patrzę na ciebie tak, jak ty teraz na mnie.]
Były momenty, przy których się uśmiechałam jak głupia i czułam motylki w brzuchu, ale były też takie, gdzie miałam łzy w oczach. A zakończenie… nawet ze świadomością jak książka się skończy i tak zostanie ze mną na długo, bo takiej historii miłosnej się nigdy nie zapomina - skończyłam ją ze złamanym sercem i pustką, jak po pożegnaniu z bardzo ważną osobą.
[Tamtego dnia zakochałem się w Marianne Coleman. Do bólu.]
Jeśli szukacie historii o pierwszej miłości, dorastanie i radzeniu się, nawet jeśli wszystko jest przeciwko nam - to to jest idealna pozycja!! 🩷🩷
„Kocham Cię. Jeśli miłość naprawdę jest chorobą, mogę na nią umrzeć, nie szkodzi, ponieważ kochanie Cię to najpiękniejsze, czego doświadczyłem.”
To była jedna z piękniejszych historii, jakie przeczytałam w ostatnim czasie, pomimo bólu, który ona spowodowała w moich sercu i łez, które zakręciły się w moich oczach.
Historia ta dwójki dała mi chwile ciszy i odetchnięcia od wszystkiego. W Marianne odnalazłam samą siebie, małego tchórza, a zarazem dziewczynę, która stawia bliskich nad sobą. Zarazem Williama Clintona pokochałam od pierwszych stron. Promyk słońca, który wypełnił moje serce miłością i ukojeniem.
Ta książka jest i zawsze będzie ucieleśnieniem bólu i moich łez, ale zarazem odnalezieniem spokoju i namiastki miłości. Będę dobrze wspominać historię o dwójce nastolatków, którzy nie świadomie oddali swoje serca drugiej osobie.
Historia moich łez ewidentnie zawsze będzie pamiętać o tej książce i o emocjach, które towarzyszyły mi w trakcie odkrywania kolejnych jej stron. Ta historia jest kolejna lekcją w moim życiu i mam nadzieję, że kiedyś stanie się i waszą.
„– Obiecałeś mi zachód słońca na plaży. – Zachody – poprawiłem. – Słucham? – Obiecałem ci każdy kolejny zachód słońca spędzany razem aż do śmierci. [..] – I każdy wschód – dodała. – I każdy wschód. Nie chcę spędzić ani dnia więcej na tęsknocie za tobą.”
"Nie ważne, w jak cudownym miejscu na świecie bym się nie znalazła, nic nie dorównałoby uczuciu wstrząsającemu moim żołądkiem przy tym chłopaku."
bolesna historia o tym jak miłość, mimo upływu lat, nie ma swojej daty ważności. można kochać kogoś bezgranicznie i wieść swoje własne życie kilometry od tej osoby. mari i william to przykład bratnich dusz. niesamowicie piękny, ale też niezaprzeczalnie druzgocący.
czytając o pani fisher w "in another life" wiedziałam, że jej młodsza wersja będzie tą, dzięki której poczuje niesamowite zrozumienie. bo nasze podejście do miłości niczym się nie różni. jest jak dwie strony tej samej monety. dlatego moja dusza jeszcze bardziej wewnętrznie cierpi, bo marianne skończyła właśnie tak, jak ja nie chciałabym skończyć. jest to jedna z tych rzeczy, których boję się najbardziej. pokochanie właściwej osoby i nie spędzenie z nią reszty swojego życia - brzmi jak koszmar. więc tym bardziej jestem wdzięczna, że mari dostała swoje szczęśliwe zakończenie dzięki lav i forrestowi. oni dali jej nadzieję.
"W tym mieście nie muszę być nikim konkretnym, wystarczy, że jestem sobą, cokolwiek to znaczy."
This entire review has been hidden because of spoilers.
dokładnie 16 lutego o 17:19 nastąpił mój osobisty koniec świata. nie wierzę, że właśnie mam za sobą historię, na którą wyczekiwałam prawie dwa lata. dzisiaj natomiast mam złamane coś więcej niż serce.
hej Angelika, jak zawsze - dziękuję Ci za when we were young. nigdy nie zapomnę o dwójce nastolatków, którzy nie wyobrażali sobie życia bez swojej obecności. bo ja też teraz tak się czuję. jak miałabym wrócić do codzienności, kiedy to oni od kilkunastu miesięcy zajmują mój umysł?
kocham Marianne i Williama najbardziej na świecie i bardzo nie mogę się doczekać powrotu do nich, który z pewnością zaboli z poczwórną siłą.
Pamiętam, jakbym to wczoraj dopiero poznawała In Another Life i po raz pierwszy zakochiwała się w tych bohaterach, a jednak mamy prawie rok później i mogę przyznać, że spełniło się moje marzenie. Bo właśnie nim była ta historia. Poznając Panią Fisher skrycie liczyłam, że kiedyś będzie mi dane poznać jej historię. Podejrzewacie więc pewnie jak ucieszyłam się na wieść, że Marianne dostanie książkę dedykowaną jej historii.
When We Were Young pokochałam już od pierwszych rozdziałów ukazanych na wattpadzie. Nie macie pojęcia jak cieszyłam się na każdy poniedziałek i czwartek, bo to oznaczało wyczekiwany powrót do tej historii. Aż dotarliśmy do końca wattpadowego wwwy. I z utęsknieniem każdego dnia czekałam, aż wrócę do mojej Mari i Williama.
Marianne Coleman patrzy na świat pesymistycznie i, mimo że pochodzi z ubogiego domu, to jest bogatsza o piękną rodzinę. William Clinton to jej zdecydowanie przeciwieństwo. Żyje nadzieją i z każdej sytuacji stara się odnaleźć pozytywy. Ktoś z boku mógłby śmiało stwierdzić, że ma wszystko. Bo choć to prawda, że pieniędzy jego rodzinie nie brakuje to nawet one nie są w stanie naprawić jego burzliwej relacji z ojcem. Zakochany William od roku próbuje zaskarbić sympatię Marianne jednak ona z każdą jego próbą go zbywa. Przełomem okazał się wypadek, któremu uległ tata Marianne. Bo właśnie wtedy William zaoferował pomoc i na parę miesięcy przejął jego pracę w porcie. Wraz z tym zmieniło się postrzeganie Williama przez Marianne. Kiedy wszystko zaczyna się między nimi układać na drodze do ich szczęścia staje ojciec chłopaka. Więc czy ich relacja od początku była skazana na niepowodzenie? Czy uda im się zwalczyć przeciwności losu?
O jejkuu, jak ja ich kocham. Już na wattpadzie pokochałam te historie jednak to, co stało się z moim sercem po przeczytaniu całości… wiem, że na bardzo długo o nich nie zapomnę, bo Mari i William wyryli się permanentnie w moim sercu.
Marianne Coleman to bohaterka, która którą nie tak łatwo rozgryźć. Zawsze stawia na głos rozsądku i często z góry zakłada najczarniejszy scenariusz. Podczas czytania możemy zauważyć w niej pewną przemianę i możliwe, że jest to spowodowane pewnym chłopakiem o katastrofalnie pięknych zielonych oczach… Nie potrafi uwierzyć, że ktoś, taki jak William byłby w stanie naprawdę się nią zainteresować. Czuła się niewystarczająca. Niełatwo przebić się przez mury, które wokół siebie zbudowała. Potrzebuje czasu, aby się otworzyć przed drugą osobą. Jednak kiedy komuś się już to uda to możemy poznać piękną kobietę o równie pięknym wnętrzu. Marianne stawia szczęście innych ponad swoje, więc nie macie pojęcia jak dumna z niej byłam, kiedy mimo wątpliwości ten choć jeden raz postawiła na siebie. Myślę, że dużo osób będzie mogło utożsamić się z jej postacią.
William Clinton to bohater, którego nie da się nie kochać. Uwielbiam go na każdej płaszczyźnie. Z każdą stroną zdobywał serce nie tylko Mari, ale i moje. William to ucieleśnienie wszystkiego, co najlepsze. Uwielbiam to, że wszystko, co robił było bezinteresownie. Bo taki właśnie był. Kocham to, że wielu by się poddało, a on mimo upływu lat walczył o miłość swojego życia. Nieważne, ile razy Mari by go odrzuciła on wierzył, że pewnego razu uda mu się przebić przez jej mury. Bo kiedy na kimś mu zależało wchodził w to całym sobą. Mam nadzieję, że każdy nas spotka kiedyś swojego Williama. Clinton to bohater, który żyje nadzieją i optymizmem. Jego postać nie raz wywołała uśmiech na mojej twarzy samym byciem. William Clinton to słoneczko, przy którym od razu poprawia się humor.
Relacja Mari i Williama… Kocham ją miłością nieskończoną. Za to, że była prawdziwa. Uwielbiam fakt, że to William zawsze był tej pozytywnej myśli, jednak kiedy dopadły go ciemne chmury to Mari przejęła stery i odnalazła nadzieję za niego. Kocham to, jaką miłością William darzył Mari. Bo był w stanie zrobić dla niej wszystko. Uwielbiam to, że William dostrzegł Mari. Że zależało mu wystarczająco, aby dostrzec, że pod skorupą, pod którą się kryje jest ktoś wart uwagi. Tak samo kochałam czytać jak Marianne rozkwitała przy Williamie. Że przy nim zaczęła chłonąć jego pozytywną energię. Uwielbiam wracać myślami do chwil, kiedy odnawiali domek mamy Williama. To miejsce jest po prostu chyba magiczne. Bo właśnie tam byli po prostu dwójkom nastolatków, którzy poznawali smak miłości. To w tym miejscu znaleźli swoją bezpieczną przystań, gdzie mogli, choć na chwilę żyć beztrosko i uwierzyć, że czeka na ich coś więcej.
When We Were Young to historia, która zawładnęła moim sercem i umysłem. To historia która stała się moim domem. Bezpiecznym schronieniem. Tak naprawdę to nie ma słów, które odpowiednio by opisały co zrobiła ze mną ta książka. To już siódma książka spod pióra Angeliki, którą czytam i z każdą zakochuję się coraz bardziej. Przysięgam nie wiem, co Angelika dodaje do tych książek, ale robi to dobrze. Kocham jak Angelika kreuje swoich bohaterów. Mają swoje charaktery i wydają się po prostu tacy prawdziwi. Kocham to, że ja dosłownie czułam się, jakbym była tam z nimi! Przepadłam dla klimatu tej książki! Uwielbiam styl pisania Angeliki. To jak buduje zdania, za którymi kryje się coś więcej niż literki. Ja przez tę książkę po prostu przepłynęłam. Czułam, jakbym dopiero co ją zaczynała, a już czytałam podziękowanie. When We Were Young to historia, która posklejała moje serce tylko po to aby później je roztrzaskać w drobny mak. Podczas czytania czułam całą paletę emocji. Dosłownie. Od śmiechu, rozczulenia i przebierania nogami po gniew pustkę i… płacz. Bo choć bardzo dobrze wiedziałam, jak skończy się ta historia to nierealne jest, aby nie urobić łzy na tej książce. Chociaż ja wylałam ich z pewnością więcej. Uwielbiam to, iż mimo że znałam zakończenie, to i tak dużo rzeczy mnie zaskoczyło. Kończąc tę książkę czułam niesamowitą pustkę w sercu. Bo wiem, że będzie mi ich brakować… Jednak też czuję się spełniona. Jak wspominałam bardzo liczyłam, że kiedyś poznam historię Marianne i w końcu mogę przyznać, że czuję się kompletna.
When We Were Young opowiada o czymś więcej niż o tragicznej miłość. Bo Mari i Williamowi udało się doświadczyć czegoś, czego pewnie połowa nigdy nie przeżyje. Mowa o najprawdziwszej i najpiękniejszej miłości, która mimo upływu lat nigdy nie osłabła.
When We Were Young szybko stała się moją ulubioną i mam nadzieję, że usłyszy o niej cały świat, bo właśnie na to zasługuje.
A ja dziękuję tobie Angelika za stworzenie tej historii i ponowne zaufanie 🩵🥹.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo potrzebowałam przeczytać książkę taką jak „When We Were Young”. To, co ta lektura ze mną zrobiła, jest nie do opisania. Mimo że na początku nie byłam przekonana, czy ta historia spodoba mi się bardziej niż „In Another Life”, to teraz mogę śmiało stwierdzić, że jednak tak się stało.
Po pierwsze, dzięki stylowi pisania Angeliki praktycznie czułam się, jakbym była w książce i przeżywała tę historię razem z bohaterami. Śmiałam się z nimi, płakałam i wkurzałam. Autorka ma niesamowity dar przenoszenia czytelnika w wykreowany świat, sprawiając, że otoczenie przestaje istnieć, a liczą się tylko losy postaci. Czytanie tej książki to były przepiękne dwa dni mojego życia.
Po drugie, bohaterowie to najwspanialsze osoby, jakie autorka mogła wykreować. Chciałabym poznać w swoim życiu takich ludzi, którzy walczą do końca o relację i nie poddają się, gdy jest trochę pod górkę. William Clinton to dosłownie ideał mężczyzny. Zdecydowanie ląduje na liście moich książkowych mężów. Marianne, mimo że z początku nie pałałam do niej sympatią, to po bliższym zapoznaniu stwierdzam – zarówno tutaj, jak i w „In Another Life” – że jest jedną z fajniejszych bohaterek, o jakich czytałam.
Ich historia jest tak przepiękna, że ogólnie ciężko mi cokolwiek powiedzieć, bo aż mnie zatkało. Nie wiem, czy jakiekolwiek słowa są w stanie opisać to, co czułam podczas czytania. No, chyba że mówimy o ojcu Williama – to wtedy mam bardzo dużo niemiłych rzeczy do powiedzenia. Ich historia, chociaż skończyła się tak, jak się skończyła, uważam, że i tak nie mogła lepiej wykorzystać tego wspólnego życia.
Jeśli czujecie przy kimś motylki w brzuchu, nie możecie praktycznie oderwać od nich oczu i z każdym dniem zakochujecie się coraz bardziej to wiedzcie, że to może być miłość. I choćby nie wiem co, nie pozwólcie jej odejść.
Według mnie, ta historia totalnie pobiła historię Lavender i Forresta. Marianne i William nie osiągnęli tego co oni. Zasłużyli na szczęśliwe zakończenie ale niestety im sie nie udało. Może w innym życiu.
"Gdybym miała wskazać swój osobisty koszmar, bez wahania skierowałabym palec na Williama Clintona – beznadziejnie, wręcz katastrofalnie optymistycznego gnojka."
"Marianne Coleman to przyszła pani Marianne Clinton, więc zważaj na słowa, pieprzony idioto."
"On widział to wszystko i nadal mnie pragnął. A ja dostrzegałam jego miłość i nadal się bałam."
"...Za bardzo pochłonął mnie fakt, że William dosłownie wyskoczył z pierwszego piętra, by się ze mną spotkać."
"–Stałem się znacznie gorszy. – Tak? – Kokieteryjnie uniosła brew. – I co takiego opowiadasz o mnie kumplom? – Kumplom? Kochanie, mówię o tobie wszystkim. Wczoraj, gdy wracałem ze szkoły, spotkałem w parku jakąś staruszkę. Nie wiem dlaczego, ale poczułem potrzebę, by uświadomić jej, że na tym samym świecie żyje ktoś tak wspaniały jak ty."
"–To ty po raz kolejny tchórzysz i stawiasz mnie na drugim miejscu! – Na drugim miejscu!? O czym ty, do cholery, gadasz, Clinton?! – Na pierwszym jest strach! Zawsze tam tkwi! Boisz się i ciągle mnie odtrącasz!"
"Wtedy, gdy już się ustatkujemy, zaadoptujemy kota. Marzy mi się mały, przebiegły rudzielec, na którego Ty byś narzekała, a którego ja rozpieszczałbym na każdy możliwy sposób."
"Nigdy nie przestanę cię kochać, Marianne."
"– Jest pani przyjaciółką taty? – Dobrą znajomą – odparła. Dobrą znajomą. Dobrą znajomą, do cholery. Co za niedopowiedzenie. Była moją miłością. Jest nią, jest nią nadal."
"Skończyliśmy w tym samym miejscu, w którym ujrzeliśmy się po raz pierwszy. Tamtego dnia po raz ostatni w życiu widziałem Marianne Coleman."
Recenzja nie zawiera spoilerów do książki ! Od przeczytania in another life miałam nadzieję że dostaniemy historię pani Fisher i Williama , i dostaliśmy. Historia Marianny i Williama była cudowna , kolejna książka Angeliki poruszyła mnie do łez i dała do myślenia. Opis bohaterów: •Marianna: Naprawdę polubiłam Marie od pierwszych stron , urzekł mnie jej temperament i upartość, dziewczyna byla raczej osobą która nie ufała każdemu i otwierała się żadko. Kocham po prostu kocham w jej charakterze jej poczucie humoru i sarkazm połączony z ironią którym bardzo często się posługuje. Podobał mi się ogólnie jej vibe , i totalnie utożsamiam się z nią w kwestii zaufania.
•William: William był po prostu takim slodziakiem okej XDDD. Uwielbiam tego chłopa był po prostu prawdziwym mężczyzną , w sposób jaki opisywał Mari OH GOOD , lub jak z szacunkiem wyrażał się o kobietach no prawdziwy mężczyzna. Był on skrzywdzonym chłopakiem przez życie a pomimo tego miał tak dobre serce. Był on troskliwy i taki uprzejmy do wszystkich , po prostu husband material.
•ogólna ocena książki/ moje odczucia: Zacznijmy od stylu pisania Angeliki bo on jest po prostu cudny !! Książki Angeliki czyta się szybko lekko i przyjemnie przysięgam tak kocham jak są napisane. Bohaterowie są super zawsze wykreowani i mają różne charaktery więc nie czujecie się jakbyście czytali ciągle to samo. Historia Marianny i Williama zostanie w moim sercu napewno na długo. Ta dwójka pokazała jak uczycie miłości może być silne jak można przezwyciężyć wszystko dla miłości , jak można się dla niej poświęcić. Dzięki niej zrozumiałam także dlaczego Marianna (pani fisher) w in another life była taka a nie inna. Listy które były w tej książce złamały mnie i pokonały , po prostu jedyne co mi pozostało to płacz. Dziękuję za napisanie tej książki Angie 🩵.
Może wydawać się, że historie, których zakończenia znamy, nie są w stanie wywołać w nas tylu emocji co te, które poznajemy po raz pierwszy, nie wiedząc, co się wydarzy. Jest to jednak błędne założenie. Historia Marianne i Williama, mimo iż wiedziałam, jak się zakończy, wywołała we mnie ocean łez i emocji. Mam wrażenie, że to właśnie świadomość tego, jak potoczą się losy tej dwójki, dała mi możliwość spojrzenia na tę historię w inny sposób. Czuję, że czytając WWWY przed przeczytaniem IAL, odebrałabym tę opowieść inaczej - lecz równie pięknie. Wraz z końcem historii o miłości Marianne i Williama odszedł kawałek mojego serca, które po drodze zdążyło pęknąć niezliczoną ilość razy. I zostanie on już na zawsze oddany tym dzieciakom. ⚓️🩵🌊
Nic więcej nie napisze niż to, że sprostała wszystkim wymaganiom, jakie miałam w głowie. A dzieje się to bardzo rzadko, prawie wcale. Poprzeczka została postawiona naprawdę wysoko.