Mroczna, brutalna i zaskakująco wciągająca.
„Na skraju magii” to jedna z tych historii, które na dzień dobry rzucają cię w środek świata bez żadnego ostrzeżenia, a ty tylko siedzisz i myślisz: co ja robię tu, uu, co ja tutaj robię? A potem nagle łapiesz się na tym, że buja. I to porządnie.
Już od pierwszych stron czuć, że Milena nie zamierza iść po utartych schematach. Świat, który stworzyła, jest oryginalny do szpiku kości, mroczny, lepki od tajemnic i kompletnie nieoswojony. To ten typ klimatu, który wchodzi pod skórę i zostaje tam, nawet jeśli początkowo masz w głowie myśl: a jakby ktoś mnie zapytał, o czym to jest, to nie mam bladego pojęcia, ale buja. Potwierdzam.
Shep, uzdrowiciel z wyjątkowym talentem do pakowania się w kłopoty, spada na samo dno i to dosłownie. Trafia do Kopidołka, czyli więzienia-kopalni, w którym brutalność jest walutą, a nadzieja luksusem, robi wrażenie równie mocne, co straszne. Podczas czytania miałam jedno, bardzo elokwentne przemyślenie: ja wale, jakie to jest brutalne XD”. Ale właśnie w tej brutalności jest sens. Nic tu nie jest łatwe, nic nie jest podane na tacy. Każda decyzja ma swoją cenę, a każda konsekwencja potrafi ugryźć.
Ogromnym plusem są dla mnie krótkie, dynamiczne rozdziały, które sprawiają, że historia płynie, nie dłuży się, nie męczy. To ta sytuacja, kiedy „tylko jeszcze jeden rozdział” i nagle jest 3:00 w nocy.
Świat przedstawiony to osobna liga. Mystokraci, Uzdrowiciele różnych stopni, wielkie dżdżownice, golemy. W pewnym momencie siedziałam tylko z myślą: co tu się jeszcze pojawi? A najlepsze jest to, że wszystko ma tu sens, nic nie jest wrzucone przypadkiem, nic nie odstaje, wszystko jest spójne i konsekwentnie poprowadzone.
Jednym z największych zaskoczeń okazał się również dla mnie motyw found family. W świecie, który jest zimny, nieprzyjazny i okrutny, bohaterowie tworzą między sobą własną, surową, ale prawdziwą drużynę. Tę, która rodzi się nie z wyboru, tylko z potrzeby przetrwania. I dzięki temu wybrzmiewa tak mocno w dialogach, spojrzeniach i decyzjach.
Styl autorki jest płynny, przemyślany, dynamiczny, a jednocześnie zaskakująco dojrzały. Jak na debiut, to jest poziom, którego totalnie się nie spodziewałam. Absolutnie pozamiatane. I trochę strach się bać, co ona zrobi w drugim tomie, bo jeśli debiut wygląda tak… to kontynuacja może już po prostu zmieść z planszy połowę fantastycznego rynku.
Przyznam szczerze, na początku miałam wrażenie, że się nie odnajdę. Ale po kilku rozdziałach okazało się, że nie tylko się odnalazłam, ale wręcz przepadłam. Czekałam na rozwój wydarzeń z narastającą ekscytacją, aż w końcu nie mogłam się oderwać.
„Na skraju magii” to klimatyczne, brutalne fantasy z oryginalnym światem, w którym każdy fan gatunku znajdzie coś dla siebie. A osoby spoza gatunku? Też przepadną, bo ta historia ma w sobie coś pierwotnego. Coś, co czuć w kościach. Ja już się nie mogę doczekać kontynuacji. Oddałam się tej historii bez walki, bo trudno inaczej, kiedy ona tak hipnotyzuje.