Nie sposób przewidzieć konsekwencji zakładania skarpetki – czyli debiut prozatorski Emilii Konwerskiej.
Rzeczy robione specjalnie to pomysły na wycieczki, ale tylko w głowie, dla wszystkich tych, którzy choć raz czuli się jak nurek uwięziony pod lodem, to niebezpieczne przygody wewnętrzne, w których dzieje się nic i wszystko, to wreszcie sprawy, o których nigdy się nie myśli, czyli myśli się o nich zawsze.
Te krótkie prozy, w których przygoda zaczyna się w momencie schodzenia po schodach i tam też się kończy, to historie, które nie mają początku, środku i końca – mają tylko momenty kulminacyjne. Ale choć autorka bawi się z czytelnikiem i formą opowiadania, znajdziemy tu pytania o relacje i bliskość, o przekraczanie granic i poczucie bezpieczeństwa.
Konwerska używa języka jak dobrze znanego przedmiotu, tyle że niezgodnie z jego przeznaczeniem. Proza zespołu nadpobudliwości psychoruchowej? Być może tylko tu skręcisz w kierunku, który przed chwilą jeszcze nie istniał.
„opowiadania” na dwie-trzy strony, dotyczące kierowców glovo, sprawdzania rzeczy w internecie, nadmiernego analizowania sposobu wypowiadania kodu do odbioru paczki.
treści nie ma, sensu nie ma, po co wydawać takie rzeczy
Bardzo dołująca książka pod pozorem lekkiej prozy. Czuć, że autorka jest poetką, wręcz bawi się językiem. Narratorka w zabawny dla czytelnika sposób opisuje swoje życiowe perypetie. Więcej jest natomiast w tych opisach urojeń i ubarwień, które powodują, że staje się raz pozytywną, a raz negatywną bohaterką własnych fantazji.
Moze to choroba, może zagubienie, a może zwyczajne pragnienie bycia zauważoną, posiadania znaczenia.
DNF @30% kompletnie nie na moją wrażliwość, dla mnie to był po prostu pewnego rodzaju chaotyczny zapis z pamiętnika, nic nie wnoszący. Mimo małej ilości stron, absolutnie nie chce mi się w to brnąć.
To jest dokładnie taka książka, której można było się spodziewać po poetce: misz masz do interpretacji na milion sposobów. Nie jest to jednak książka dla mnie, bo, jak mi jakiś czas temu uświadomił Gospodinow, jestem fanką fabuły i potrzebuję jej do tego, żeby mieć przyjemność z lektury. A tu fabuły nie ma, to nie takie opowiadania.
Zostawiam więc bez oceny, ale z pozytywnymi wrażeniami, bo przy kilku fragmentach się zatrzymałam, pokiwałam głową, zaśmiałam pod nosem.
Książka z serii ‘’nie wiem co sie dzieje, ale buja’’, no i trochę bujało, ale niestety nie wystarczajaco. Jest to zbiór opowiadań, krótkich wycinków z życia bohaterki, które nie mają ze sobą za bardzo związku. I jak w niektórych z nich byłam w stanie zobaczyć, co kryje się pod tekstem i co autorka chce nam przekazać, tak w większości niestety czułam, że są udziwnione na siłę.
Ni to opowiadania, ni to przebłyski rzeczywistości. Jednostronicowe, dwustronicowe. Zlepek wrażeń, emocji, powidoków codzienności. Tytuły współgrające z treścią albo wcale nie.
Jest tu wiele punktów wspólnych - osamotnienie, były mąż, poczucie odstawania od reszty, od świata. Sporo wrażeń zmysłowych. Podsłuchiwanie rozmów, oddechów, odgłosów, także tych z toalety. Dotykanie ścian, by poczuć fakturę świata pod palcami. Podglądanie - przez okna, spod oka, ukradkiem. Jakby w człowieku istniała głęboka potrzeba posmakowania cudzego życia. Zaskakująco dużo odniesień do czynności toaletowych i okołotoaletowych. Może to jakieś nawiązanie do refleksji Gombrowicza, że człowiek jest sobą tylko w łazience? Nie wiem.
Trzy historie mnie zatrzymały na chwilę. Opowieść o końcu związku mierzona odległością, jaka pojawia się między idącym przed kobietą mężczyzną - im dystans większy, tym związek słabszy. Historia o udawanym romansie z kolegą z pracy - och, jakoś mnie mocno przygnębiła. I najlepsze - o tym, że znajomi zapamiętują czasem banalne drobiazgi, z którymi nas kojarzą i nic nie da się zrobić, by to skojarzenie zmienić.
Czy podobał mi się ten zbiór? Nie wiem, mam trochę wątpliwości. Ładnie tu językowo, czułam przyjemność podczas lektury, ale treść uleci szybciej niż powinna.
Bardzo, bardzo chciałam, żeby ta książka mi się podobała. Po pierwsze dlatego, że lubię autorkę i jej poetycką odsłonę, po drugie dlatego, że to chyba moja ulubiona tegoroczna okładka. I rzeczywiście, na początku czułam ekscytację. Dziwności, które wymyślała bohaterka były zaskakujące i bardzo zabawne. Właściwie trudno nazwać te teksty opowiadaniami, bardziej czytałam je jako rodzaj zmyślonego dziennika, jakby bohaterka wpuszczała nas do swojego świata i pokazywała rzuty sytuacyjne jakichś randomowych wydarzeń przepuszczonych przez surrealistyczną soczewkę, a może po prostu filtr w swojej głowie. Zupełnie nie przeszkadzał mi brak puenty w poszczególnych epizodach, wręcz przeciwnie, ich pozorna bezcelowość przyciągała i ciekawiła. Lubię taką zabawę z czytelnikiem, pisanie prowokacyjne, czasem budzące śmiech, a czasem dyskomfort. Niestety im dalej, tym trudniej brnęłam do końca. Teksty nie były już zabawne, a zaczęły męczyć. Przestałam zupełnie widzieć celowość tej lektury. Nie kwestionuję tego, że Emilia Konwerska świetnie posługuje się językiem i udało jej się stworzyć rzecz oryginalną. Doceniam tę lekturę jako zapis doświadczenia osoby neuroróżnorodnej, z wszystkimi pułapkami, sensualnymi obciążeniami, procesowaniem rzeczywistości na swój własny sposób. Manifest mówiący, że nie musimy dostosowywać się do świata na jego zasadach. Skoro świat nie dostosowuje się do nas, znajdźmy strategie, z którymi nam będzie dobrze. Mamy prawo do dziwności. Ale jako całość - nie zagrzało.
Wydaje mi się, że błędem było podejście do tego zbioru na raz i czytanie go ciurkiem. Przez to wszystkie historie zlały mi się w jedną, nie zapamiętałam niczego wyróżniającego się i doznałam przeciążenia. Dla mnie lepiej sprawdziłyby się jako cykl felietonów czytanych co kilka dni. Czekałabym na następne odcinki. Chociaż książka weszła mi średnio, nie mam wątpliwości, że autorka jest ekstra osobą, polubiłam ją jeszcze bardziej, czuję, że jakbyśmy się spotkały, mogłybyśmy nieźle pośmieszkować. I to jest w sumie super.
„Rzeczy robione specjalnie” Emilii Konwerskiej to zbiór mikroopowiadań, z których każde ma średnio 2-3 strony. To nie są typowe historie z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, raczej migawki, chwile, obserwacje. Ale właśnie to czyni je ciekawymi.
Autorka pisze o nietypowych, często absurdalnych sytuacjach. Przykładowo: o dziewczynie, która postanawia mówić ciszej, o chodzeniu dotykając ścian, o udawaniu że coś ją łączy ze współpracownikiem czy o podsłuchiwaniu cudzych rozmów. A to tylko kilka z wielu opowiadań. To opowieści zabawne, takie do uśmiechania się pod nosem, ale jednocześnie skłaniają do refleksji. Konwerska pokazuje niekonwencjonalne zachowania, które często nie uchodzą za społecznie prawidłowe, i znajduje w nich coś szczególnego. Ma w sobie wrażliwość i inne spojrzenie na świat. Pióro autorki kojarzyło mi się z piórem Doroty Kotas.
Emilia Konwerska wyraźnie bawi się z czytelnikiem, eksperymentuje z formą i konwencją. Na początku byłam bardzo entuzjastycznie nastawiona do lektury, te pierwsze opowiadania naprawdę mnie urzekły. Ostatecznie jednak skończyłam z mieszanymi odczuciami. Czuję, że czegoś mi w tej książce zabrakło. Może nie powinno się tych opowiadań czytać na raz, tylko lepiej je sobie dozować małymi porcjami.
Mimo tego „Rzeczy robione specjalnie” to ciekawa pozycja dla osób lubiących eksperymenty literackie i nieoczywiste spojrzenie na codzienność. Polecam.
„Postanowiłam zostać osobą, o której nikt nie będzie mógł powiedzieć nic konkretnego. Zdałam sobie sprawę, że nie muszę nawet nic robić, wystarczy, że każdemu będę mówiła coś innego. Nikt tego nie sprawdza.”
„Wiedza o tym, że tajemna bitwa, którą toczysz w swojej głowie, od początku była pozbawiona sensu, że to pojedynek z wrogiem, który w gruncie rzeczy nigdy nie patrzył na ciebie, nawet nie wiedział o twoim istnieniu, należy do tych najbardziej niewygodnych.”
*hear me out* jestem czytelnikiem, uważam, o wyższej niż średnia tolerancji na treści pozornie traktujące o niczym, na historie bez morału, na zbiory wielowątkowych przemyśleń, opisy subiektywnej obserwacji świata.
A jednak książka Konwerskiej mnie tak zmęczyła, nawet pomimo formy krótkich opowiadań. A może trochę wynikając z tej formy, bo w ramach 2-3 stron tekstu, nowa narracja jest wprowadzana co akapit, lub co kilka zdań i nie potrafię ani śledzić tekstu, ani zaangażować się emocjonalnie w problemy, którym brakuje humoru, albo wspólnotowości doświadczenia.
na plus: -niepokojące myśli są wywleczone na pierwszy plan i szanuję odwagę wydawniczą w mówieniu głośno cichej partii -czytelnicy neuratypowi zgłaszają zadowolenie nad neuratypowoscią narracji, więc zapewne w tym szaleństwie jest metoda
Postmodernistyczna żaba, która nadal kuma o co chodzi. Można sobie dawkować, opowiadanie po opowiadaniu, mi pękała już głowa od surrealistycznych pomysłów, brzuch bolał od śmiania, jednak to wszystko tak fascynująco podskórnie smutne, że nie mogłam przestać.
Poetki w prozie? Mega hot*
*Jeśli piszą dobre wiersze. Emilia pisze dobre wiersze ;)
Mam problem z tą książką. Z notatek i zaznaczeń w trakcie czytania:
Ci, którzy mówią trójkami (siedemset dziewięćdziesiąt trzy), należą w oczywisty sposób do pozerów i snobów. Ich największymi marzeniami są łatwo zarobione pieniądze i tani poklask. Nie należy się nimi przejmować. Wchodzą i wychodzą, z niczego nie zdając sobie sprawy.
No ja wypraszam sobie!
Nikogo tak naprawdę nie obchodzą.
Ah... To... Tak jakby wiele wyjaśnia. To smutne i przykre. Szkoda być tak ocenioną osobą, a przecież nawet się nie znamy. Co Ty autorko o mnie czy o ludziach mówiących kody trójkami tak naprawdę wiesz, że takie rzeczy piszesz?
Akurat przełykałam najsłodszy kawałek lukru.
Każdy kawałek lukru jest tak samo słodki. Drugi strike. Coś czuję, że się nie polubimy z autorką.
W kraju, w którym żyję, nie ma zbyt wielu bezpańskich psów.
Jeżeli to Polska to raczej nie ta lat dziewięćdziesiątych ani wczesnych dwutysięcznych. Coś czuję, że to głębsza fikcja niż myślałem lub autorka jest Polką, ale dorastającą w bardziej cywilizowym kraju, albo dzieli nas różnica pokoleń, która mnoży i pogłębia nieporozumienia i narastające, póki co ze względu na błogą autorki nieświadomość jednostronne, czyli jedynie moje jej nielubienie.
I jakoś tak niedługo potem przestałem tę książkę uważnie czytać i tylko dobiegłem mało uważnie do końca. Jak już zacząłem się potykać w tej treści, która choć wiedziałem, że to "fikcje" to musiałem zaraz, jak to ja, wyszukać w sieci o autorce co się da, ale już nie z tą zaciętością co w latach młodzieńczych. Ku mojemu zaskoczeniu autorka jest starsza o 5 lat. Skąd więc brak bezpańskich psów w PL? Dosłowność raczej sprowadza mnie tu na manowce. Jest jakaś głęboka niezgodność obecnego mnie z tą treścią i nie jestem w stanie wystawić oceny książce, która jednocześnie na wstępie mnie tak zaangażowała (choć negatywnie) i zarazem aż tak jej nie lubiłem. A do tego autorka okazała się w przeszłości politycznie zaangażowana niezgodnie z moimi poglądami. No od tamtego punktu po prostu chciałem doczytać, skończyć, odłożyć. W jakiś sposób dociera do mnie, że to fikcje, wymyślone, absurdalne. A zarazem coś mnie w mózgu swędzi to pytanie "A do jakiego stopnia? Co autorka przemyciła z prawdy do fikcji?" Ale wtedy wchodzimy z powrotem do obszaru, w którym już zdąrzyliśmy się "niepolubilić" :P
Przeczytałam żabkę! I było to przefajne! Dziwaczne, zabawne, absurdalne, ale też zmyślne, błyskotliwe i niewymuszone.
"Rzeczy robione specjalnie" to bardzo żwawy zbiór opowiadań, o wszystkim i o niczym, naturalny w swojej oryginalności, satysfakcjonująco lekki i rezolutny. Taka jakaś jest w nim świeżość, młodość. Połknęłam w dwa wieczory, nie mogłam się oderwać od tych krótkich tekstów. Skocze i fikuśne jak ta żabka!
Dopiero teraz czytam opis na tylnej okładce i szalenie podoba mi się fraza 'proza zespołu nadpobudliwości psychoruchowej' i określenie tego zbioru jako zbioru pomysłów na wycieczki w głowie. Ale zabawa zabawą, a tu kryje się też treść. A tekst o piętrach 👌🏻. Jestem fanką żabki (moja 6-letnia córka powiedziała, że to najpiękniejsza okładka, jaka do mnie przyszła, ten zachwyt w oczach 🤩) i Emilii Konwerskiej. Polecanko!
Miałam problem z oceną tej książki. Autorka wzbudza moją ogromną sympatię, poza tym czuć, że jest utalentowaną poetką i znakomicie operuje słowem. Z pewnością jest to rzecz dobra literacko. Jednak forma średnio przypadła mi do gustu.
I nie chodzi nawet o to, że "udziwnione" (jak pisali niektórzy w recenzjach), po prostu nie przepadam za mikroopowiadaniami. Jak wspominałam już chyba przy okazji "Szkiców malajskich", ta forma przypomina mi trochę scrollowanie rolek na Instagramie - zbyt rozpraszająca i przebodźcowująca. Teksty Emilii, nieraz dosłownie na jedną, dwie czy trzy strony to w zasadzie scenki, przypominające właśnie takie reelsy. Niektóre przykuły moją uwagę, przy niektórych się uśmiechnełąm, ale całość trochę po mnie "spłynęła". No i ja jednak jestem prostą czytelniczką, która lubi mieć fabułę, postaci, puentę itp 😉 Czasem (rzadko) zdarza się, że tekst tak mnie zauroczy literacko, że nie potrzebuję już treści i struktury, ale to nie był ten przypadek. Więc mimo niewielkiej objętości i mimo dawkowania sobie tekstów po parę dziennie (do czytania ciurkiem to się w ogóle nie nadaje IMO), pod koniec poczułam znużenie. Ale oczywiście okładka przepiękna!
Podoba mi się jak Emilia patrzy inaczej na rzeczywistość i jak zgrabnie ją opisuje nie siląc się na dodawanie efektownych puent. Tu nie trzeba puenty, zresztą te puenty tam są, tylko zręcznie poukrywane. Wśród tych mikroopowiadań są rzeczy genialne, są rzeczy bardzo dobre i dobre i może troszkę pod koniec się nużyć, ale to raczej rzecz do czytania fragmentami, a nie do literackiego zatuszenia na raz.
Mam ostatnio niezłą rękę do wyboru literatury neuroatypowej z wszelkich półek i podoba mi się jak to są bardzo rozmaite rzeczy oraz jak na różne sposoby trafiają w moją wrażliwość. Jestem w 90% przypadków niezainteresowany zakończeniami książek; często kontempluję niewidzialną siłę, która łagodnie kieruje nas na ustalone ścieżki zachowania i dość regularnie wizualizuję sobie przeróżne przypadkowe zejścia z tych ścieżek, więc - jak to mówią - this is my game.