Ucieczka z nieudanej randki w ciemno, skutkująca przypadkowym poznaniem kobiety jego marzeń. Brzmi intrygująco? Przed Wami książka, która w moim odczuciu jest udanym debiutem, choć mam do niego parę zastrzeżeń.
[współpraca reklamowa z @wydawnictwopapieroweserca]
Pierwszy tom serii “Love Songs” opowiada historię Lauren i Brada: właścicielki sklepu z winami i agenta nieruchomości. Oboje trzymają się relacji bez zobowiązań – ona dlatego, że się ich obawia, a on – ponieważ tkwią w nim rany z przeszłości. Ona jest uparta aż do bólu, co jest godne podziwu, ale i potrafi działać na nerwy. Zwłaszcza to, z jakim uporem przeciwstawia się zaangażowaniu. Powód, dla którego Brandon nie pakował się w związki, wydał mi się bardziej wiarygodny. Choć parę rzeczy z nim związanych mi się nie spodobało, i tak mu kibicowałam. Za to z Lauren trudno mi było złapać więź; starałam się, ale ciężko mi było ją zrozumieć.
Tu pojawia się najważniejszy problem ich relacji: brak komunikacji. Jeśli ktoś nie przepada za książkami, w których bohaterów dzielą niewyjaśnione sprawy, to przy tym tytule może odczuwać dużą frustrację. Ja także ją odczuwałam, ale nie chcę, by to całkiem skreślało tę historię – to głównie kwestia charakteru bohaterów, a tu sporo zależy od gustu. Dla mnie ważniejsze się stało, jak ta sprawa zostanie rozwiązana, jak postaci się zmienią oraz jak ogólnie będzie poprowadzona fabuła.
A akcja… dla mnie stanowiła rollercoaster. Love-hate-love-hate-love-frustration-love. Zdecydowany plus za to, że wywołuje emocje i że została nietuzinkowo rozplanowana. Sytuacja, która wydaje się być katalizatorem dla głównego zwrotu akcji, rozwiązuje się jeszcze w pierwszej połowie książki. Końcowy plot twist staje się przez to mniej oczywisty, choć da się przewidzieć, co będzie jego powodem.
Musicie być przygotowani na to, że historia Lauren i Brandona jest nasycona flirtem, w większości takim z wiadomego rodzaju podtekstem. Niektórym może się to podobać, innym na dłuższą metę może przeszkadzać. Mnie akurat ciut bliżej było do tej drugiej grupy, bo w pewnym momencie zaczęło mnie to już przytłaczać.
Jeśli chodzi o przemiany bohaterów, to Brad nawet na moment nie traci swojej flirciarskiej natury, ale za to urzeka romantyzmem, który dość szybko i często zaczyna okazywać. Natomiast Lauren to postać z rodzaju tych, którymi ma się ochotę potrząsnąć, by szybciej dostrzegły to, co mają przed sobą. To ona jest tutaj gburkiem, do tego usilnie uciekającym od uczuć, więc z jednej strony to nie dziwi, ale z drugiej… Miałam wrażenie, że sama nie wie, czego chce, i chyba właśnie przez to trudno mi było się z nią polubić. Szkoda, że tak długo zajmowało jej porozumienie się z Bradem.
Muszę jednak przyznać, że autorka ma bardzo przyjemne, płynne pióro. Mogę mieć zastrzeżenia do bohaterów i tego, jak wyglądała ich relacja, ale do stylu i tekstu samego w sobie – ani trochę. W tej kwestii ta książka w ogóle nie wygląda na debiut. Moim zdaniem mogłaby śmiało konkurować na półkach z bestsellerowymi zagranicznymi romansami biurowymi czy w miejscach pracy. Tu może ten romansowo-biurowy wątek jest skromny, bo zarysowany i w zasadzie zakończony już na początku książki (nie licząc tego, że Brad cały czas pracuje w biurze). Ale ten nowojorski klimat jest mocno wyczuwalny i ma w sobie to coś, co ubiera bohaterów w garnitury i wstrzykuje im w żyły pracoholizm.
Spodziewałam się lekkiej, zabawnej historii, przy której miło spędzę kilka wieczorów – dostałam to w pakiecie z palpitacjami serca i kilkoma facepalmami. W moim przypadku wielka miłość do tej książki się nie pojawiła, ale uważam, że to całkiem dobry debiut. Może nie śmiałam się do łez, a niektóre sytuacje między bohaterami i ich zachowania potrafiły mnie doprowadzić do szewskiej pasji, ale biorąc pod uwagę całokształt, czytało mi się dość przyjemnie. A Wam polecam przekonać się o tym samemu; nie mam wątpliwości, że wielu z Was “Take a Chance on Me” skradnie serca.
Ocena: 3/5 🥃
– Magda