O rany, rany. Gdzie tu zacząć. Słowem wstępu, książką dostała się w moje ręce przypadkowo, otrzymałem ją w prezencie. Nie jestem znawcą i jakimś fanem gatunku, zatem moja niepochlebna ocena może wzburzyć parę osób, stąd postaram się ją logiczne uargumentować. Generalnie, podczas lektury towarzyszyło mi odczucia zażenowania przekładanego częstymi salwami śmiechu. Nawet najbardziej makabryczne i brutalne sceny potrafiły mnie wprowadzić w nastrój rozbawienia, co, jak mniemam, intencją autora nie było. W rzeczy samej, na kartach powieści kryje się MŚCICIEL, obawiam się, że jednak jest nim sam autor, który znęca się nad czytelnikiem swoim fatalnym warsztatem i najgorszym wątkiem miłosnym w historii literatury.
Na temat niedociągnięć książki "Dom" mógłbym napisać pracę naukową, ale skupmy się na najbardziej kolących w oczy aspektach. Numer jeden: język. Niegdyś ideologiczne sadziłem, że aby wydać powieść, trzeba posiadać dryg do pisania. To coś, co sprawia, że słowa przelane na papier odczytywane są przez czytelnika z przyjemnością i podziwem dla autora. Dobra, w stosunku do kierowanego do masowego odbiorcy thrillera detektywistycznego oczekiwania powinny być nieco zrewidowane, niemniej to, co doświadczyłem u Pana Kościelnego to poziom wypracowania gimnazjalnego lub licealnego. W książce ciężko uświadczyć zdań wielokrotnie złożonych. W porządku, być może w ten sposób chciano przysporzyć nieco dynamiki akcji powieści. Nic jednak już nie tłumaczy dramatycznie słabego poziomu językowego i tragicznie kwadratowych dialogów. Że postaci mówią prymitywnym językiem, to jeszcze można zrozumieć, ale niestety od narratora oczekiwałbym już większej wprawy językowej, tymczasem dobór słów bywa momentami wręcz komiczny, że też znowu uśmiechnę się na wzmiankę o "mścicielu". Dialogi są na poziomie wymiany zdań osób z deficytem intelektualnym i jak większość książki, nie trzeba ich nawet czytać, a wystarczy przewertować wzrokiem. I tutaj płynnie przejdziemy do drugiego zarzutu: zbędna plugawość bohaterów. Bo ja wszystko rozumiem, policjanci i mordercy, testosteron, żelazne nerwy, CSI: Miami i te klimaty, ale czemu to wszystko jest takie prymitywne. Ssanie pały, ruchanie w dupę, czy autor musi doprawdy tak dosłownie, tak dosadnie? Czy nie wystarczy rzucić aluzji, a czytelnik sam zrozumie? No taka gimnazjolada. No ale jedziemy dalej, trójeczka: wątek miłosny. Dwoje policjantów stawia się systemowi i wspólnie dąży do rozwiązania sprawy. W przeciągu miesiąca rozwijają w sobie wzajemne uczucie, które prowadzi nijakiego Okońskiego do wynurzeń, w których zdradza nam na ostatnich karatach powieści, że chciałby założyć z bohaterką Lipą rodzinę i spłodzić dzieci. Wszystko pięknie, tyle że chwile później ginie spod siekiery mściciela w szytym grubymi nićmi plot twiście. Nawet było by mi go szkoda, gdyby nie to, że autor książki w żaden sposób nie uwiarygodnił tego uczucia, prócz paru miałkich dialogów, przygodnego seksu i wspólnego zjedzenia pizzy nic więcej w tej relacji nie było. A może i było, ale autor nie potrafił nam o tym opowiedzieć. Na koniec, aby już nie przedłużać, pozostawiłem sobie ogólną ocenę fabuły. Jedyne co spowodowało, że ocena jest wyższa niż jeden to fakt, że generalnie historia ma tam jakiś sens, nie dopatrzyłem się jakichś znaczących błędów logicznych. Tak, zwrot akcji na koniec był jednym z tych aspektów humorystycznych, tymczasem tożsamość "Żylety" rozbawiła mnie już mniej, bo domyślałem się jej zanim ujawniono ją w książce. Oprócz tego mamy szereg w miarę logicznie powiązanych, jakkolwiek skrajnie nieprawdopodobnych zdarzeń, dopełnionych wybitnie męczącymi reminiscencjami zabójcy na temat jego pobytu w domu dziecka. Generalnie po pięciu takich retrospekcjach zbudowanych na zasadzie: rzekome przewinienie - kara, mamy już obraz tragicznego losu wychowanka i dalsze cofanie się w czasie jest już wyłącznie pastwieniem się zarówno nad nim, jak i nad czytelnikiem. Niestety autor czasami przemyca w tych podróżach w czasie pewne istotne dla fabuły aspekty, uzasadniając istnienie kolejnych rozdziałów traktujących o jedzeniu kału, gwałtach i tym podobnych przyjemnościach. Oczywiście, gdyby chciało mi się ponownie przewertować to wybitne dzieło, znalazłoby się parę aspektów, do których mógłbym się przyczepić. Przykładowo, do niesamowitych zdolności 4-letniego bohatera do zapamiętywania ze zrozumieniem faktów i zdarzeń raczej wykraczających poza poziom jego wiedzy i abstrakcyjnego myślenia - chociażby dyskusji o systemie komunistycznym. Niemniej kiedyś zawsze przychodzi czas, by postawić ostatnią kropkę. I myślę, że właśnie nadszedł - czytelnik wymyka się spod topora mściciela w ostatniej chwili.
Podsumowując, fatalna językowo i stylistycznie historyjka pełna wyolbrzymień do natychmiastowego zapomnienia. Coca-Cola literatury. Bez gazu.