Nie wiem, czy tylko ja tak miałam, ale w liceum nie czytałam lektur. Spędzałam pół swojego wolnego czasu na pochłanianiu fantastyki, kryminałów, powieści i klasyki literatury, ale NIKT, naprawdę NIKT nie był w stanie zmusić mnie do sięgnięcia po martyrologiczno-sarmackie utyskiwania białych mężczyzn nieumiejących zrobić sobie obiadu, nieważne, jak bardzo próbował mi wmówić, że jest to Wielka Literatura. Odrzucał mnie przymus, odrzucał mnie konflikt z moją polonistką (której ferdydurkowski styl nauczania sprawiał, że chciałam jak najszybciej z tych lekcji uciec), odrzucała mnie tematyka i sposób rozmowy o literaturze, a przede wszystkim odrzucało mnie, że zamiast czytać fajną, adekwatną, 'relatable' literaturę musieliśmy czytać coś totalnie abstrakcyjnego i niezrozumiałego. Spędziłam rok życia, "zgłębiając" poezję antyczną, oczywiście bez znajomości łaciny, greki czy kontekstów, ale w programie klasy z językiem polskim na poziomie podstawowym nie starczyło czasu na "Mistrza i Małgorzatę", "Lolitę" czy Dickensa.
Na szczęście - i nie piszę tego w żaden sposób ironicznie - nie starczyło go również na "Moralność pani Dulskiej". I bardzo dobrze, bo dzięki temu mogłam ten dramat poznać dopiero jako już w miarę ukształtowana osoba dorosła, jako osobne dzieło, a nie kolejny wytwór martyrologicznych fantazji jakiegoś frustrata układającego program mający kształtować umysły młodych pokoleń w zgodzie z linią Najświętszej Partii. (Zaletą jest też, że nie musiałam "Moralności..." omawiać pod kątem światopoglądu mojej polonistki, co również prawdopodobnie nie skończyłoby się dobrze).
Jeżeli jeszcze dramatu Zapolskiej tak jak ja nie znacie, a macie ochotę na coś dobrego, wspaniałego, niezwykle aktualnego (zwłaszcza dzisiaj) i krótkiego, to bardzo, bardzo polecam. Ja odnalazłam w szafce (inne niż wybrane na Goodreads) wydanie z jakiejś taniej książki za złotówkę, ale można przeczytać za darmo chociaż na Wolnych Lekturach.
Najbardziej podoba mi się, jak fantastycznie Zapolska wykreowała postaci dramatu - tytułowa pani Dulska jest kreowana tak żywo, że czułam się, jakbym czytała reportaż. Ja znam takich ludzi i Wy też znacie takich ludzi, takich ludzi widzi się w serialach, w telewizji i często we własnej rodzinie - dominujących, rządzących twardą ręką, mocno oszczędnych, kierujących się frazesami w rodzaju "bo tak trzeba" i przede wszystkim poświęcającymi większą część życia na myślenie o tym, co wypada, czego nie i co pomyślą sąsiedzi. Nie ma Dulska żadnej autorefleksji, zastanowienia nad tym, co słuszne, dobre albo szanujące potrzeby innych, jest tylko arbitralnie przez nią przyjęty kodeks moralny, który odpowiada jakoby temu, "CO TRZEBA", ale w którym najważniejsze jest tak naprawdę jej samopoczucie i sztuczne kreowanie obrazu, że robi i że porządna oraz że ma rodzinę. Dulska subtelnie terroryzuje wszystkich dookoła, wbijając im lekkie szpileczki, ale próbując też sterować ich życiem i zupełnie w żadnym razie nie rozumiejąc ich pobudek czy potrzeb. Doskonale rymuje mi się ta postać z wybitną psychologiczną książką "Dorosłe dzieci niedojrzałych emocjonalnie rodziców", którą obecnie czytam - Dulska jest przykładem osoby totalnie oderwanej i niedojrzałej emocjonalnie, która jest centrum własnego świata, a jednocześnie zupełnie nie umie w tym świecie zauważyć nikogo innego (a tym bardziej: zrobić dla niego miejsca).
Wszystkie inne postaci dramatu określane są "przez" Dulską, tzn. ich relację do Dulskiej (co znów pokazuje, jak jej charakter dominuje życie wszystkich pozostałych domowników). Ciekawym zabiegiem jest to, że największy udział w fabule ma Zbyszko, syn Dulskiej, który desperacko wręcz próbuje się wyrwać spod jej osaczających szponów (zgodnie z terminologią "Dorosłych dzieci..." określilibyśmy go jako eksternalizatora ze względu na odreagowywanie przemocy psychicznej na zewnątrz, tzn. "hulaszczym" trybem życia), jednak nawet on nie jest w stanie stanowić jakiejkolwiek realnej przeciwwagi dla Dulskiej.
Inne postaci z rodziny Dulskiej wręcz nikną na jej tle - jej mąż, nieodzywający się właściwie ani słowem przez całą sztukę, bardzo uciekający od własnego losu, dwójka jej córek, zziębniętych na skutek jej nadmiernej oszczędności, nieuświadomionych, niemogących porozmawiać z matką na jakikolwiek temat. Jest także służąca, czyli osoba z zewnątrz, która zostaje przez Dulską nieświadomie wciągnięta w chorą grę, której ofiarą pada - byle tylko nie było skandalu, byle tylko sąsiedzi nie podejrzewali czegoś niewygodnego.
Bardzo cieszę się, że poznałam ten dramat dopiero teraz, gdy ileś takich sytuacji już w życiu widziałam, iluś doświadczyłam, a o iluś dowiedziałam się np. z reportaży. Jest to absolutnie przedoskonała dla mnie rzecz, o której myślę właściwie bez przerwy od paru dni. Bardzo, bardzo polecam.