Trash Story to kołysanka dla epoki telewizji i pępkowe społeczeństwa katastrofy. Historię zaczyna opowiadać Mati, chłopak z małego miasteczka na Śląsku, który pragnie wyjść poza mówienie "ja" i rozsadzić dostępne mu formy snucia opowieści. Narrację przechwytują więc przedmioty, śmieci, postaci z kreskówek i filmowe konwencje. Toster opowiada o dojrzewaniu, brudna fałdka na pościeli o miłości, Krowa żegna się z Kurczakiem, paranoiczny detektyw prowadzi dochodzenie dotyczące konkursu na esej katyński dla podstawówek, a Walduś Kiepski fantazjuje o wielkim wybuchu. Logiką tej fikcji literackiej są nieustające zmiany perspektywy, a recykling, wywrotowy humor i kulturowe przechwycenia pracują na rzecz strategii czułościowych.
„Trash Story” Matiego Górniaka, hałaśliwy zbiór miniatur prosto ze śmietnika idei i z telewizyjnych migawek oglądanych w zapadniętej kanapie po pracy.
Piękne zdanie otwierające „Mam na imię Mati i pierdolę policyjne pały, chcę być dobry dla mamy i taty, a na obiad jeść fryty bataty” sugeruje pewien rodzaj narracji, prostoduszny i ufny, taki który oddaje głos tym, którym w literaturze głosu oddawać nie wypada — bo to zbyt infantylne lub nudne. Jednocześnie w tej narracji wyczuć można teatralne naleciałości (personifikacja przedmiotów i zwierząt, wplecione w opowieść didaskalia).
Jednakowoż jest tu wyczuwalna pewna charakterystyczna, ostatnio modna, nostalgia za dzieciństwem osób urodzonych w późnych najntisach. Nostalgia skryta jest tu za przedmiotami, oblana słodko dziecinną percepcją i harmidrem nowych mediów do których autor szeroko nawiązuje, a zarazem najzwyklejszą, najbardziej normicką prozą codzienności.
Krowa na rowerze, śmierć od wbitej w tyłek szczotki do kibla i konkurs na esej katyński. Z poszatkowanej, mocno wizualnej współczesności, powstają takie teksty. I dobrze że powstają.
Przeczytałem gdzieś dość entuzjastyczną recenzję (albo też opatrznie ją zrozumiałem, może to była głęboka ironia), więc sięgnąłem po debiut Pana Mateusza Górniaka i po przeczytaniu poczułem się rozczarowany. Oczekiwałem czegoś świeżego, nowego głosu na polskiej literackiej scenie, a otrzymałem coś, co można uznać za powiastkę, bo nie powieść, ale też za zbiorek opowiadań, z pozlepianą fabułą, która prowadzi czytelnika znikąd donikąd albo nawet pozostawia w punkcie wyjścia. I nie będę nadmiernie się czepiał skromniutkiego formatu: ledwie ponad 100 stroniczek (bo nie stron) luźno zapisanych tekstem. Objętość wszak nie świadczy o wartości utworu. Ale dosłownie nic mnie w tej książce nie zainteresowało: ani fabuła, ani bohaterowie, ani te kilka mrugnięć okiem do odbiorcy. To jest słabe, bo nie ma tam nic, oprócz zapisywania pewnych działań, czy też nawet refleksji bohaterów, ale nie jesteśmy świadkami, jak powstają motywacje - autor nam to podsuwa pod sam nos. Mam też wrażenie, że napisał to ktoś w moim wieku, a nie osoba kilkanaście lat młodsza, bo kody popkulturowe są dziwnie przesunięte. Stylistycznie lektura nie męczy, ale czy to jakaś zaleta, że coś "szybko się czyta"? Potem nie zostaje nic i mógłbym mieć jakąś rozterkę: czy o to chodziło? Czy to jakiś znak czasów? Mógłbym mieć, ale jest mi to całkowicie obojętne, szkoda czasu. Funkcjonuje takie powiedzonko, że kłopot z drugą książką (powieścią) jest taki, że istnieje presja, żeby przynajmniej dorównać debiutowi. No i puenta pisze się sama, bo druga powieść tego autora zbiera gorsze oceny niż "Trash Story".
Takie typu pretensjonalne i edgy ale zakończone jakąś essą lub innym elo coś tam. Trochę fajne, trochę niefajne ale dużo jest fragmentów, które są bardzo piękne, na przykład: "Chciało mu się napoju aloesowego, zapiekanki z kurczakiem i sosem czosnkowym, coli, gulaszu i umrzeć jak najszybciej". No chyba nie da się tego nie odczuć.
Niestety po prostu zakochałam się w pierwszym zdaniu "Trash story", typu: "Mam na imię Mati i pierdolę policyjne pały, chcę być dobry dla mamy i taty, a na obiad jeść fryty i bataty" i potem już nigdy nie było tak pięknie, ale nie szkodzi.
„No więc, jeśli je się przy kimś pieroga, i to palcami, to oznacza, że się tego kogoś kocha” i uważam, że to piękne. Jednak samo „Trash story”… ni to chłodzi, ni to grzeje.
A na zachętę przytoczę przypadkowo wybrany akapit, bo całkiem podoba mi się ta narracja: „Chore na paranoję koty budzą mieszkańców okolicy, dni zaczynają się coraz wcześniej. Astmatycy kaszlą i spluwają tu i tam, krążąc wokół domów. Chłopcy katują skutery i motorynki, jest dym i jest jazgot, ktoś puścił drona, a ktoś latawca. Robi się na tyle ciepło, że Weteran zpobliskiej kopalni wyjeżdża wózkiem inwalidzkim na ganek, gdzie nad gazetą popija śniadanie piwem i patrzy na sobotni ferment; na spacerujące wdowy po górnikach, na cień drzewa przesuwający się po garażu, na wracających z fuchy chłopaków i na grubą Karolinkę, która ostrzeliwuje niebo z uzi na pomarańczowe kulki."
3+. Moje spotkania z najnowszymi prozatorskimi debiutami były w tym roku raczej niefortunne, dlatego do tego starałem się podejść bez oczekiwań. No i okazało się, że ten Górniak całkiem mi podszedł. Opowiadanka w tej króciutkiej książce są luźne, niezobowiązujące i humorystyczne. Zdarzają się też bardziej dramatyczne momenty, co dobrze gra z komedią absurdu, na którą składa się większość treści. Językowo powiedziałbym, że nic zaskakującego - taka, hm, post-masłowszczyzna. Ale nie brzmi to jak styl wymuszony, który tylko udaje język ulicy. Powiedziałbym, że „Trash Story” to taki fajny eksperyment z fragmentami, które zdradzają, że autor ma poważniejsze zacięcie do opowiadania.
książka jak kolorowy bełt śmierdzących wspomnień, wraz z którymi wypływa też jakaś dziwna, przetrawiona czułość — do tego, co tanie, krzywe, tandetne jak Polska otrząsająca się z szoku kapitalistycznej transformacji, a nawet nostalgiczne dla osób starszych ode mnie o parę lat albo po prostu takich, które żyją swoje małe życia równolegle do mojego małego życia i nie spotykamy się, choć czujemy swoją obecność i kiwamy głowami do tej samej pustki
to było zdecydowanie zaskoczenie. gdy zaczęłam "trash story" (jako część mojego corocznego wyzwania nikowego), byłam przekonana, że będzie to coś zupełnie nie dla mnie: nadużywanie wulgaryzmów i generalnej obrzydliwości w celu uzyskania quasi-masłowskiego efektu (co bardzo, bardzo irytuje mnie we współczesnej literaturze polskiej, zwłaszcza ludzi z mojego pokolenia), nawiązania popkulturowe w ogóle nie z mojego świata, wobec czego dla mnie nieinteresujące, opowiadania właściwie o niczym - a warto dodać, że ogólnie nie lubię zbiorów opowiadań. JEDNAKŻE mniej więcej w połowie tego krótkiego zestawu nastąpiła znacząca zmiana. dwa opowiadania bardzo mi się spodobały, a jedno (to o wypadku) nawet skłoniło do uronienia paru łez (chociaż może była to kwestia hormonów, więc trudno mi ocenić rzeczywistą jakość). niestety, te dwa opowiadania były wyjątkami, nie regułą, i elementy, które mnie irytowały (głównie wspomniane opatowanie "realizmem" na granicy obrzydzenia) pojawiały się dalej. wobec tego pewnie bym nie rekomendowała nikomu tej książki i raczej nie sięgnę po nic więcej tego autora (chyba że za rok też będzie w poczcie nikowym), ALE muszę jednak przyznać, że w tych dwóch opowiadaniach środkowych było coś wyjątkowego. i je doceniam.
Nijakie, jakby autor na siłę chciał coś udowadniać komplikując i używając zawiłych i niezrozumiałych zdań, albo ja po prostu nie zrozumiałam 🙂 dla mnie mocno na nie, chociaż dałabym autorowi druga szanse z dłuższym tekstem.
2.5 Dwa teksty były dobre (krowa i kurczak, ten o zemście), jeden doskonały (ten o normiku). W zasadzie tylko ten trzeci miał dopracowaną, domkniętą formę, pozostałe dwa to trochę wprawki, no ale wiadomo, charyzma cośtam. Natomiast cała reszta, uhhh, takie amorficzne, zajawkowe pozdro dla kumatych. Mati wali wiadro, wiadro jest puste.