Przeczytałem gdzieś dość entuzjastyczną recenzję (albo też opatrznie ją zrozumiałem, może to była głęboka ironia), więc sięgnąłem po debiut Pana Mateusza Górniaka i po przeczytaniu poczułem się rozczarowany. Oczekiwałem czegoś świeżego, nowego głosu na polskiej literackiej scenie, a otrzymałem coś, co można uznać za powiastkę, bo nie powieść, ale też za zbiorek opowiadań, z pozlepianą fabułą, która prowadzi czytelnika znikąd donikąd albo nawet pozostawia w punkcie wyjścia.
I nie będę nadmiernie się czepiał skromniutkiego formatu: ledwie ponad 100 stroniczek (bo nie stron) luźno zapisanych tekstem. Objętość wszak nie świadczy o wartości utworu. Ale dosłownie nic mnie w tej książce nie zainteresowało: ani fabuła, ani bohaterowie, ani te kilka mrugnięć okiem do odbiorcy. To jest słabe, bo nie ma tam nic, oprócz zapisywania pewnych działań, czy też nawet refleksji bohaterów, ale nie jesteśmy świadkami, jak powstają motywacje - autor nam to podsuwa pod sam nos. Mam też wrażenie, że napisał to ktoś w moim wieku, a nie osoba kilkanaście lat młodsza, bo kody popkulturowe są dziwnie przesunięte. Stylistycznie lektura nie męczy, ale czy to jakaś zaleta, że coś "szybko się czyta"? Potem nie zostaje nic i mógłbym mieć jakąś rozterkę: czy o to chodziło? Czy to jakiś znak czasów? Mógłbym mieć, ale jest mi to całkowicie obojętne, szkoda czasu.
Funkcjonuje takie powiedzonko, że kłopot z drugą książką (powieścią) jest taki, że istnieje presja, żeby przynajmniej dorównać debiutowi. No i puenta pisze się sama, bo druga powieść tego autora zbiera gorsze oceny niż "Trash Story".