Na fali wkurzu na to wszystko co działo się wokół sportowczyń podczas kończących się właśnie Igrzysk w Paryżu sięgnęłam po bardzo długo już leżakujący na moim czytniku reportaż Anny Sulińskiej o pierwszych Polkach, które zdobywały dla nas olimpijskie medale. Autorka przybliża w nim sylwetki zawodniczek reprezentujących różne dziedziny sportu, startujące indywidualnie i grupowo. Ale też historię kobiecego sportu olimpijskiego w ogóle.
Chociaż każdy rozdział opowiada właściwie tę samą, a przynajmniej bardzo podobną historię, nie nudziłam się przy „Olimpijkach” nawet przez chwilę. Dzięki solidnemu researchowi, potwierdzonemu olbrzymią bibliografią - setkom artykułów z prasy sportowej, która była w czasach PRL-u na bardzo wysokim poziomie, obejrzanym wielu godzinom taśmy filmowej ze startów, przesłuchanym nagraniom radiowym - miałam wrażenie, że biorę udział w opisywanych wydarzeniach kibicując bohaterkom z trybun.
Jednak sportowa kariera bohaterek Sulińskiej to tylko pretekst do opowiedzenia o kobiecym doświadczeniu w sporcie. Są tu momenty smutne, ale zupełnie niezaskakujące: lekceważenie zawodniczek, niedofinansowanie, brak odpowiedniego zaplecza finansowego, wykorzystywanie sportowczyń do realizacji politycznych celów związkowców czy wewnętrznych rozgrywek w klubach, przy jednoczesnych olbrzymich oczekiwaniach, konieczności godzenia kariery z życiem rodzinnym i pracą zawodową, byciu poddawaną ocenie. Najbardziej przykre podczas lektury o dawnych olimpiadach, w trakcie obecnej, było uświadomienie sobie, że w kobiecym sporcie, w ciągu ostatnich 30 lat niewiele się zmieniło. Uwagi i skargi, które mogliśmy usłyszeć po startach Polek w minionych dniach, są tymi samymi, które pojawiają się w reportażu, zaczynając od braku odpowiedniego sprzętu, kończąc na delegatach, którzy zabierają miejsca w reprezentacji osobom, które mają służyć wsparciem zawodniczkom. Patologia związków sportowych też jest taka sama.
Na szczęście reportaż Sulińskiej to nie są gorzkie żale. Jest tu miejsce na wiele pięknych momentów, pełnych radości i wzruszenia, mimo wszystko.
Jest w tej książce jeden rozdział, który chciałabym żeby był w Polsce czytany masowo. W Polsce, w której zamiast festiwalu radosnego kibicowania, mieliśmy festiwal transfobii i szowinizmu. Otóż, jeśli sądzicie, że to co działo się wokół algierskiej i tajwańskiej bokserki, to jakaś nowość - nic bardziej mylnego. Podważanie kobiecości zawodniczek to stara dobra sportowa tradycja. Możemy sobie myśleć, że łaskawi panowie domagają się dla nas sprawiedliwości i dbają o nasze bezpieczeństwo, ale tak naprawdę chodzi o rozgrywki między federacjami sportowymi mające na celu wyeliminowanie konkurencji, wprowadzenie zamętu i zasianie fermentu. W rozdziale zatytułowanym „One” Sulińska opowiada o dwóch wielkich polskich biegaczkach. Pierwsza - Stella Walsh czyli Stanisława Walasiewiczówna - była rekordzistką świata w sprincie i choć mieszkała w USA, zdobywała medale dla Polski na przedwojennych Igrzyskach. Niesamowita sportowczyni, której kariera trwała do 50 roku życia, obejmowała różne sporty i do końca była w stanie pokonać osoby połowę młodsze od siebie. Plotki na temat jej płci krążyły przez cały czas, chociaż nie była jedyną biegaczką, którą w tamtym czasie podejrzewano o bycie mężczyzną. Ale z prawdziwą mocą wybuchły dopiero po jej tragicznej śmierci, co mogło zaowocować odebraniem jej wszystkich medali i rekordów. Na szczęście miała na tyle ugruntowaną pozycję, że federacja lekkoatletyczna stanęła po jej stronie. Mniej szczęścia miała Ewa Kłobukowska, której kobiecość zakwestionowano na szczycie jej sportowej ścieżki i odebrano jej wszystko - tytuły, rekordy, karierę, perspektywy. Pojawiła się w biegach w tym samym czasie co Irena Szewińska i miała wszelkie predyspozycje żeby osiągnąć sukces równy największej polskiej lekkoatletce. Nie będę rozpisywała się tu o szczegółach, ale na skutek połączonych wysiłków działaczy związków lekkoatletycznych NRD i ZSRR, przeprowadzono jej testy genetyczne opierające się na badaniu ciałka Barra, dziś uznawane za całkowicie niewiarygodne i wyeliminowano ją ze sportu, stwierdzając, że ma męski genotyp. Co najlepsze, a właściwie najgorsze, Ewa wraz z innymi zawodniczkami już wcześniej poddawana była innym testom uzgadniającym płeć, tym najbardziej upokarzającym, gdzie dziewczyny siadały na fotelu ginekologicznym, a obcy ludzie - rzadziej lekarze, częściej działacze - wizualnie przekonywali się o ich cechach płciowych. Polka te testy przechodziła. Niestety, reprezentacja Polski była za mocna, świat nie chciał przyjąć, że kobiety mogą biegać tak szybko, więc trzeba było się pozbyć najmocniejszego ogniwa. Ewa Kłobukowska w wieku zaledwie 21 lat pożegnała się ze sportem na zawsze. I chociaż niedługo potem urodziła dziecko, a po latach przyznano, że została skrzywdzona, nigdy nie odzyskała należnego jej miejsca w historii sportu (słownik empatyczny zrobił petycję o zmianę tego stanu rzeczy, w komentarzu wrzucę link).
Ten rozdział „Olimpijek” jest szczególnie wart przeczytania nie tylko ze względu na wstrząsające losy bohaterek, ale autorka wyjaśnia w nim o co chodzi z chromosomami, jaka była historia i sposoby weryfikacji płci zawodniczek, jak to wygląda dziś i co ma z tym wspólnego Caster Semenyi. Generalnie jest to szokujące i obrzydliwe - patriarchat at it’s best - ale doskonale pozwala zrozumieć czego świadkami byliśmy w ostatnich tygodniach.
Bardzo polecam wam lekturę „Olimpijek” w całości, ale jeśli nie interesuje was historia sportu i/lub kobiet, to przeczytajcie chociaż ten jeden rozdział.