Miałki... To słowo dobrze oddaje tom przygód niejakiego Noh-Varr, najmłodszego członka dyplomatycznego korpusu obcej rasy zwanej Kree, a który miał ten nie fart, iż po zawędrowaniu w okolice Ziemi zostaje zestrzelony. W efekcie zajścia, które sprowokował nijaki Dr. Midas, cała załoga młodzieńca ginie i pozostaje on sam na terenie wroga. Może liczyć na wsparcie jakieś kosmicznej jaźni, usytuowanej w zielonej brei i finalnie zmierzyć się z przeciwnikiem, który za wszelką cenę chce położyć łapska na pozaziemskiej technologii. Chciwość i zemsta. Motywy stare jak świat.
Już pal licho, że przeciwnik to gość zakuty w pancerz, który wygląda na taki, jaki po pijaku by lepiej zrobił Tony Stark. Wystylizowanie córki Midasa, która podąża za Marvel Boy'iem, na typową dominę, dodatkowo prawie momentalnie czując do naszego herosa miętę... Nie powiem, ciekawe. Tylko po co, skoro całość jest tak nudna. Niby dzieje się od groma rzeczy. Sam chłopak postępuje tak nielogicznie. Po co w ogóle jest coś takiego jak infiltracja, aby zobaczyć czy rzeczywiście wszyscy na tej planecie są wrogo nastawieni. Nie, wpadnę na miasto i zrobię rozpierdziel. Tak będzie logiczniej. Jeszcze te wątki, jak tego Hexa, żywej korporacji, które urywają się po jednym zeszycie.
Wpadłem tutaj, zachęcony lekturą Young Avengers, ale zrobiłem błąd. Marvel Boy nawet w wykonaniu takiej wygi jak Morrison samodzielnie jest tak słabą postacią. Wypadek przy pracy jak się patrzy, oby jak najrzadziej. Tym bardziej, że powinno to też jakoś wyglądać i trzeba przyznać, że to jedyny element, który uratował tą pozycję od soczystej pały. Nie polecam. No chyba, że na sen.