Chciałoby się rzec, że to już koniec (ale już wiemy, że nie) historii Hellboy'a, któremu wyrwano serce i który spadł do piekła, aby wypełnić swoje przeznaczenie. Tyle, że w tym diable jeszcze wiele tkwi i wątpię, by Mignola ukatrupił serię, która daje mu krocie. I szkoda tylko, że zamiast nastrojowej, pełnej dziwności drogi po pandemonium, mamy tu zlepek średnio pasujących do siebie historii, które kończą się tak samo. Wielkim mordobiciem. Autor pokazywał nieraz, że można inaczej (zresztą dlatego ta seria jest tak dobra), tutaj idąc chyba na łatwiznę i grając nieco na sentymencie starych czytelników.
W "końcowej" wędrówce bohatera powraca wiele wątków z serii, co wiąże się ze spotkaniem kilku znajomych twarzy, które w lwiej większości mają jakąś zadrę z bohaterem, co przekłada się na częste wyjaśnianie sobie spraw za pomocą pięści. Zresztą cała ta podróż postaci to swoiste katharsis, które ma doprowadzić Hellboy'a do podjęcia finalnej decyzji o swoim przeznaczeniu. A jest on zniszczeniem, więc jak tylko włodarze Piekła się skapnęli się kto do nich zawitał, to pozostał po nich kurz. W piekle mamy bezkrólewie i totalny chaos. I o dziwo nie ma chętnego na objęcie tego bałaganu na nowe rządy.
Uwielbiam dzieła Mike'a, a seria z Hellboy'em to fenomen w dziedzinie komiksu, który sprawnie łączy dawne wierzenia ze sporą dozą Lovecrafta i miesza to w unikalny miszmasz tylko dla dorosłych czytelników. Siódmy tom jest jednak bez tej mocy co poprzednicy, co może wskazywać na zmęczenie materiału. Chaos w domenie diabła równa się tu z nieuporządkowaną fabułą, która lubi pokluczyć w dziwne kierunki. Kreska jest niezmiennie świetna i same kadry nadają się na wydrukowanie na ścianę. To unikat, tyle że czasami nawet obłędna kreska nie starczy, aby dane dzieło uznać za takowe.
Reasumując, najgorsza odsłona z serii, co nie znaczy, że to nie jest nadal dobry tytuł. Jest, ale w porównaniu do tego, co dane było mi czytać wcześniej spod pióra tego pana - imo krok wstecz. Mały, ale zawsze.