Bardzo specyficzna książka. Jeśli ktoś spodziewa się porywającego, wciągającego kryminału do łyknięcia w jeden wieczór, srogo się rozczaruje. "Dwanaście" to pozycja, którą - mimo ok. dwustu stron objętości - smakuje się powoli, stopniowo. Świetlicki posługuje się językiem zrozumiałym i pięknym, ale dość trudnym. Ewidentnie bawi się konwencją. Pozycja czasem jest kryminałem, czasem obyczajówką, czasem ma w sobie coś poetyckiego... Dużo tu aluzji, nawiązań... Żeby daleko nie szukać - w niektórych scenach mistrz spotyka się z bohaterką, której drugie imię to Małgorzata. Poza tym tło do wydarzeń stanowią przełomowe momenty w historii Polski i świata z roku 2005: śmierć papieża Jana Pawła II, wybory prezydenckie, wycofanie się Włodzimierza Cimoszewicza i zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego. Lektura "Dwunastu" przypomina trochę czytanie podręcznika do historii Polski i wierzcie mi, że nie jest to wada. Na uwagę zasługuje też sam tytuł "Dwanaście". Prawdopodobnie chodzi o 12 kalendarzowych miesięcy wspomnianego wcześniej roku 2005, przy czym każdemu miesiącowi autor przyporządkował jeden rozdział. I tak przez rok snujemy się wraz z mistrzem po ówczesnym Krakowie, próbując nie udusić się w oparach alkoholu, chowając się za sarkazmem i dystansem, udając, że nie łapie nas ciężka depresja.
"Dwanaście" to kryminał, który nie do końca jest kryminałem. Proza, która nie do końca jest prozą. Głównym bohaterem jest mistrz, który wydaje się nie mieć żadnych cech mistrza. A w tym wszystkim dryfuje sobie czytelnik, który nie do końca rozumie, co go właśnie spotkało, ale zdecydowanie ma ochotę na kolejne części.
Subiektywnie: szukam w polskiej literaturze nowości, zachwytu i zaskoczenia. Nie szukam szyderstwa z TVN, RMF, korporacji, okropnej Warszawy i chamskich warszawioków, magicznego Krakowa i wysnobowanych artystycznie krakusów. Dlaczego tego nie szukam? Bo to pójście na łatwiznę. Bo to banał. I stereotyp. Bo to nie subtelna ironia, ale powtarzające się szyderstwo, jakbyśmy się codziennie nabijali z kolegi z klasy, że garbaty i zezowaty.
Drażnią te wszystkie odwołania do polityków, do znanych osób, do konkretnych zdarzeń. Bo są jak pierdolnięcie od dresa, a nie lewy sierpowy od Cassiusa Claya.
Nie mogę ocenić tej książki obiektywnie z paru powodów. Po pierwsze - okazało się, że zaczęłam od drugiego tomu💀 Po drugie - sama w sobie była specyficzna i absurdalna, ale ja takie książki bardzo lubię, więc to było na plus. Po trzecie - czasami nie wiedziałam co się dzieje, ale w sumie wszystko się wyjaśniło i koniec końców „ogarniałam” wszystko. Po czwarte - zakończenie było naprawdę git. Ale tak naprawdę git. Czasami zdarza mi się, że ostatnie zdanie książki podnosi w moich oczach jej ocenę i zapominam o tym, że męczyłam się przy czytaniu. Po piąte - ciężko mi to ocenić również przez to, że książka oberwała rykoszetem przez mój zastój czytelniczy. Myślę, że gdybym zaczęła od tomu pierwszego, to byłaby zupełnie inna rozmowa, dlatego 3,5/5, bo sam styl i typ książki przypadł mi do gustu, tak samo jak klimat Krakowa i nasze piękne, wartościowe polskie słowa, zwane również łaciną podwórkową ;) Polecam książkę, ale lepiej sobie zacząć od pierwszego tomu, tak jak Pan Bóg przykazał.
Kryminał znaczy główny bohater. Bez świetnego zbudowania postaci w tym gatunku nici. Świetlicki uwielbia Chandlera. Nie pisze jednak klasycznego czarnego kryminału. Jak to często współcześni, tak i on pogrywa sobie z gatunkiem. Bohater jest, a raczej był detektywem w dzieciństwie, grając w młodzieżowym serialu wątpliwego gatunku (produkcja PRL). Zwie się na mieście "mistrzem". Bohater pije, czasem nawet whisky, ale przede wszystkim czystą. W ilościach całkowicie przekraczających granicę uzależnienia. Bohater rozwiązuje zagadkę, choć brak tu właściwie zapisu jego procesów logicznych. Przebiegają one jakimiś krętymi nietrzeźwymi ścieżynami. Ma nawet dziennik, w którym dwa razy coś zapisuje. Bohater ma pistolet, który leży na szafie zawinięty w szmaty. Bohater nie jest przystojny, ani nieprzystojny, on tylko "utył, spuchł i posiwiał". Ten oto bohater nie posiada dowodu, telefonu, konta w banku ani pracy. Jego myśli są więc kąśliwym komentarzem do tej rzeczywistości, do której całkowicie nie przystaje. Dla mnie nie jest to jedynie tanie wyśmianie TVN, polsko-katolickiej mentalności, pracy mediów, układzików a także zamiłowania młodych ludzi do napoju redbull i modnego słownictwa. Dla mnie jest to szczere, poparte konstrukcją bohatera, za którego poglądami stoi jego życie. Za bohaterem jeszcze dalej stoi sobie ukryty Świetlicki, który jeszcze mocniej utwierdza mnie w szczerości tego sarkazmu. Patrzy się na to i już w sumie nie wiadomo, kto w Krakowie ma bardziej beznadziejne życie. Ta podstarzała gwiazda kina dziecięcego i alkoholik, czy młoda modna młodzież. W każdym razie to mistrz w drodze jakiegoś procesu myślowego, którą jest ta cała narracja, wyjaśnia sobie świat i zaprowadza ład i porządek.
Meistri triloogia esimene osa. Olin lugenud kiidusõnu, lõpuks oli raamatu allahindlus kujunenud mulle vastuvõetavaks (see oli siis, kui ma veel palju raamatuid ostsin), nii "Kaksteist" mulle koju jõudiski ning huvitaval kombel ei jäänudki väga kauaks seisma. Väidetavalt on tegemist kultusraamatuks muutunud teosega. Ja-jah- vastav potentsiaal oli tekstil selgelt olemas, ehkki arvatavasti vaid teatud vanuses ja tüüpi kontingendi seas, kes suudab sellist atmosfääri ülepea hoomata, kes kujutab ette, mida see mõneski mõttes absurdne joodikuelu tähendab. Noh, mina juhtumisi suutsin. Seega oli teatud osa raamatust, ütleksin, et umbes ligi pool, äärmiselt nauditav ja omapärane. Cool ja vinge jne. Aga siis ma tüdinesin ära pidevast ühetaolisest heietamisest ja kordustest (ehkki selline maailm nagu meistri oma ongi juba oma olemuselt pidevate korduste jada) ja meistri autismilaadsest võimetusest üldse mingilgi kombel ümbritsevaga suhestuda. Ning et ta oleks nagu pidanud kuritegusid lahendama, aga ei lahendanud; et ta nagu oli kogu aeg midagi taipamas, aga ei taibanud, enne kui tõde talle lihtsalt ette deklameeriti. Ja ma tüdinesin ka teistest tegelastest ja lõpplahendusest juba ammu enne lõpplahendust ja joomisest ja kõigest, sellest krimkast, mis ei olnudki krimka, liba-detektiivist. Mingid otsad vist jäidki lahtiseks või oli tegemist meistri deliiriumiga või autor lihtsalt eksitas mu kuskile teksti rägastikesse ära ning lootis, et ma ei märka, kui ta kasutab eriefekte vaid efekti enda pärast (aga tal on see õigus, autor nagu ta on). Ühesõnaga raamatu teine osa vajus minu arvates ära. Oluliselt. Millega ma jälle ei taha öelda, nagu ei oleks tasunud lugemist, sest tasus küll, isegi väga. Nojah. Järgmised osad olla vist paremad. Arvas keegi internetiarvustaja. Muide, kui mingit asja või nähtust piisavalt palju kordi maagiliseks ja kultuslikuks nimetada, siis see suure tõenäosusega muutubki selliseks... Ma olen Krakowis käinud, aga ei märganud midagi taolist, midagi kaheteistkümnelikku. Võib-olla sellepärast, et ma ise pole piisavalt maagiline ja/või kultuslik. Või ma olin lihtsalt vale või õige inimene vales või õiges kohas. Ma arvan, et see sürreaalne arvustus on igati arvustatava vääriline.
Zaryzykuję stwierdzenie, że jak ktoś w życiu nie pił więcej, to w tej książce nic ciekawego nie odnajdzie. Tu alkohol leje się z każdej strony w specyficznym pijackim klimacie, który znają bywalcy knajp, barów i pubów. Ten klimat bezsensu chlania bardzo fajnie uchwycony, a poza tym kiepścizna. Trzy gwiazdki mogę dać, bo na szczęście krótkie to i jakoś srogo się nie wymęczyłem. Takie trzy z dwoma na pięć. Na zachętę, jak mówiła pani od polskiego. Po tej książce nie za bardzo mam ochotę sięgać po kolejną prozę Świetlickiego. Zdecydowanie lepiej siedzi mi jego muzyka. No nie jego właściwie, ale te teksty do muzyki. Tak by należało uczciwie napisać. Podsumowując: Świetliki jestem na Tak, Świetlicki proza, jestem na Nie.
Bo tak. Bo trzeba się przebić przez warstwę potężnej ironii i spojrzeć na świat nieco inaczej. Bo to znakomity pastisz, bo to książka o Krakowie. Bo to świetny nie-kryminał, bo jest w niej tyle głębi, że hoho.
Ee, mida raamatut? “On läinud paiste, paksuks ja halliks?” - selle lause peale oleks võinud võtta oi kui mitu korda. Ja tõtt öelda meelde jäigi pidev võtmine/joomine. Mulle ei jõudnud siit miski kohale.
Mistrz na tropie mordercy. Banalna esencja z fabuły nasyconej niedopowiedzeniami i prywatnymi spostrzeżeniami autora. Starcie anachronicznego człowieka nie-do-końca poszukującego, z galopującą, oślepioną posiadaniem rzeczywistością. Całość spisana jezykiem starającym się uchwycić malignę alkoholową. Ba, udanie. Czytałem na trzeźwo, co najwyraźniej było błędem - knajpy mają wyznaczać tryb życia, alkohol narzucać kształ dnia i myśli. Ot, nieabsorbująco, i tyle. Świetne źródło pijackich żartów; powtórzenie w życiu sytuacji z dwanaście podwaja wartość kieliszka. Aż się spuchnie, posiwieje i utyje.
może przesadziłem z punktacją ALE .... dla mnie szczególnie mile czytało się tą książkę, główny bohater mieszka w mieszkaniu w którym faktycznie ja mieszkałem. Świetlicki mieszkał piętro niżej i opisuje wiele szczegółów, detali które faktycznie miały miejsce, nie mówie o głównym wątku, tylko o detalach, zdarzeniach, postaciach czwartoplanowych takich jak "kierownik małego rynku" czy wariatka goniąca deskorolkarzy ...
Genialny kryminał. Strzelaniny, pościgi, trupy w szafie. Przede wszystkim trupy w szafie. Autor dotyka w tej powieści Wszystkiego. Wszystko lubi, kiedy jest dotykane przez autora i widać, że dobrze mu z tym. Deus Ex okazuje się być Bogiem. A zabija lokaj. Jak zawsze. A prawda bywa. Jak zawsze.