W odległej przyszłości ludzie panują nad większą częścią ramienia Galaktyki. Jednak nie są to czasy pokoju. Dwie główne siły, Cesarstwo i Republika, wciąż toczą wojnę. Wrogie floty ścierają się, próbując przejąć kontrolę nad nowymi terytoriami i zasobami kosmosu. Kapitan Aidan Samuels, dowódca niszczyciela `Sirene`, musi wziąć udział w tajemniczej misji. Uwielbiany przez własną załogę, Samuels jest solą w oku przełożonych. To mistrz wszechświata w lekceważeniu regulaminów, co nie przeszkadza mu znakomicie wykonywać powierzonych zadań. Podczas wojny tacy ludzie są na wagę złota. Bo właśnie ktoś tego pokroju potrafi rzucić się w wir walki, ryzykując wszystko, a jednocześnie jest w stanie wyjść obronną ręką z największego niebezpieczeństwa. Co czeka grupę zadaniową floty cesarskiej w odległym rejonie kosmosu? Czy nieokiełznana natura Samuelsa będzie atutem, czy raczej przeszkodą podczas tej misji? Dynamiczne, plastycznie ukazane walki w przestrzeni, podstępy i tajemnice, przyjaźń i zdrada, szaleńcza odwaga i poświęcenie... Wszystko to można znaleźć na kartach pierwszego tomu trylogii Rafała Dębskiego `Rubieże imperium`. Atutem powieści są także - jak zwykle u tego autora - świetnie skrojone, tętniące życiem, krwiste postaci bohaterów.
Rafał Dębski (ur. 1969 w Oleśnicy) – polski pisarz fantasy, science fiction, powieści historycznych, wojennych, sensacyjnych oraz kryminalnych. Z wykształcenia i zawodu psycholog (absolwent wydziału psychologii KUL). Od czerwca 2009 redaktor naczelny miesięcznika "Science Fiction, Fantasy i Horror".
Kiedy myślisz o kosmicznej space operze, oczekujesz epickich bitew, charyzmatycznych bohaterów i fabuły, która wciąga od pierwszych stron. Rafał Dębski z "Krańcem nadziei" oferuje... no cóż, raczej kosmiczne rozczarowanie, niż kosmiczną przygodę. Oto książka, która zdaje się unikać sensu z prędkością nadświetlną i wpada w czarną dziurę logiki.
Pierwsze wrażenia: bitwy kosmiczne Zacznijmy od tego, co miało być głównym atutem książki – bitwy "kosmiczne". Są średnie ale nie tragiczne, to fakt, ale równie dobrze mogłyby dziać się na Oceanie Atlantyckim w XVII wieku, bo autor konsekwentnie ignoruje podstawowe prawa fizyki. Mamy więc okręty kosmiczne walczące jak krążowniki i pancerniki, w manewrach przypominających szturm na Grunwald. "Ster ostro w lewo!" w pustce kosmicznej – tak, tak, w przestrzeni bez upierdliwej grawitacji czy wiatru. Świetnie skrojona logika w stylu: „Omiń go dołem”, podczas gdy, przypomnijmy, nie ma tam dołu! Generalnie gdy autor nie stara się mi technicznie tłumaczyć bitew to jest ok. Niestety sceny akcji bitwę to jakieś 5% więc te średnie bitwy to naciągane xD.
Dialogi z słabego RPGJamu po kilku głębszych. Dialogi są perełką. Drewniane, nienaturalne i czasem tak idiotyczne, że aż boli. Bohaterowie, zamiast wykonywać rozkazy, wdają się w pyskówki z dowódcami. Czytelnik ma wrażenie, że załoga statków kosmicznych to banda wiecznie zblazowanych nastolatków. Te dialogi, które przypominają niezbyt udane wyjście na piwo z kumplami z podstawówki, gdzie każdy stara się brzmieć „męsko”, co kończy się jedynie żenująco.
„Kurwa, kurwa, kurwa” – Czasem trzeba trzy razy, żeby dowódca wiedział, że sytuacja jest naprawdę poważna. Zamiast sensownych ripost, mamy powtarzające się wulgaryzmy „Nie pitol kapitanie. Równie dobrze mógłbyś mnie prosić, żebym cię zerżnął na najbliższej przepustce” „Shader wydał rozkaz otwarcia ognia… a potem cisnął przekleństwem, które tylko podkreśliło jego profesjonalizm” „Bo ta suczka mogła się rżnąć na okrągło. Od tego w końcu była, do tego służyła. Po takim seansie... wyglądała, jakby w ogóle nic nie zaszło, byłaby gotowa na ciąg dalszy.” „...że Cornelia mogłaby zamęczyć całą załogę niszczyciela. Więcej, przypuszczał, że poradziłaby sobie z obsłużeniem flagowego lotniskowca cesarza, rżnąc wszystkich – od kapitana po ostatniego kuchcika.” „Była tylko dziwką. Dziwką z najwyższej półki, tworem doskonałym, lecz zawsze tylko zwykłą dziwką.”
Postacie origami składane przez bociana Postacie? Drewniane, kartonowe, jakby wyjęte z podręcznika "Jak nie pisać bohaterów". Słyszeliście, że bohaterowie mają być tętniący życiem i pełni krwistości? Tu jedyną krwistość stanowi nadmiar przekleństw, które są esencją każdej rozmowy. A skoro już o tym mowa, poziom wulgaryzmów wykracza daleko poza to, co można nazwać dobrym smakiem. Mam wrażenie, że autor musiał oglądać polskie filmy gangsterskie przed pisaniem, bo to, co czytam, przypomina dialogi z "Psów" w wersji sci-fi. Co więcej gdyby autor bawił się tymi wulgaryzmami to jeszcze można to jakoś obronić. Jednak tu mamy tylko Kurwa, Pierdol się, Pierdole i chuj. „Bo ta suczka mogła się rżnąć na okrągło. Od tego w końcu była, do tego służyła. Po takim seansie...
Fabuła, a raczej tekst słabej sesji rpg w klimatach space opery gdzie gracze nienawidzą mistrza gry z wzajemnością Fabuła… cóż, jest jakby opcjonalna. Przez pierwsze 40% książki nie dzieje się praktycznie nic. A jak się już coś dzieje, to autor zabiera nas w kolejną dziecinną bitwę opisaną z takim nadmiarem szczegółów technicznych, że w pewnym momencie masz ochotę wyrzucić książkę przez okno. Aż chciałoby się krzyknąć: „No dobra, a gdzie ta intryga, zdrady, przyjaźnie?” No cóż, jeśli już znajdziesz coś, co wygląda na wątek fabularny, to urwie się nagle, jakby autor przypomniał sobie, że ma deadline do oddania książki.
Wpływy C.S. Forestera i Monty Pythona? Tak mówi autor Autor ewidentnie czerpie inspiracje z twórczości C.S. Forestera, włącznie z nazwą jednego z okrętów – "Hornblower". I rzeczywiście, kiedy bohater wspomina tego autora, miałem nadzieję, że książka pójdzie w dobrym kierunku. Niestety, z czasem robi się z tego bardziej nieudolna wersja Monty Pythona w kosmosie. Tak, mamy Inkwizytora, jak z klasycznego skeczu Pythona, ale zamiast wywoływać śmiech, wywołuje głównie zażenowanie. Humor ma być takim z Pythona ale jest takim z Polskiego kabaretu.
Oceny końcowe: Skala Moherowa: 5.5/10 – No jest jak jest nie jest tragicznie ale dobrze też nie jest. Staromodne myślenie jest tu dość powszechne Skala Seksistowska: 10/10 – jest tu dosłownie każdy seksistowski tekst, jakiego możecie sobie życzyć. No, może zabrakło komentarzy o garach. Wszystkie postacie kobiece w tej książce to prostytutki albo myślą tylko o seksie. Skala Wujostwa: 8/10 – dialogi między bohaterami przypominają rozmowy przy wódce na weselu u cioci.
Przez większą część ksiazki miałam ochotę na DNF. Czytałam bo jednak nie lubię odkładać nie przeczytawszy do końca. Kilka ostatnich rozdziałów już mi się podobała i jestem ciekawa co będzie dalej...
Czytałam i wciąż po głowie tłukła mi się myśl 'hej, to taki Star Trek zmieszany z Mass Effect'. Nooo pooowiedzmy.
Aidan jest dowódcą niszczyciela, ma status niewolnika i jest najbardziej krnąbrnym człowiekiem, jakiego w książce spotkacie (no, może poza KIMŚ). W wyniku rozkazu Cesarza on i kilku kompanów po fachu trafiają w wir walki z Republiką, a później znajdują tajemnicze coś. Do tej pory nie mam pojęcia co, może w kolejnym tomie coś więcej powiedzą.
Na fizyce znam się słabo (ale coś wiem), na prawach rządzących Kosmosem jeszcze mniej, więc trafiają do mnie opisy naukowe. Mogą być napisane brednie, a ja i tak tego nie wyłapię. Całkiem całkiem wyszły mu opisy walki i użycie różnego rodzaju broni. W końcu trafiła mi się książka, gdzie autor napisał, że "w Kosmosie nie ma góry, dołu, prosto czy w bok - liczy się kąt odniesienia" iii tak, właśnie, statki nie muszą latać gęsiego, mogą zaatakować z każdej strony.
Przede wszystkim zwykle Imperia mają korzenie z USA albo jakiś europejskich koalicji. A tu? Ha! Brazylia i hiszpańskie klimaty. Przynajmniej ze strony Cesarstwa, gdyż Republika jest idealną kopią Brytanii z czasów kolonialnych. Nawiązań do naszej, ziemskiej historii, jest w pizdu. Fajnie, ale jednocześnie niefajnie (Cezar zawsze umiera, spoiler). Tło historyczne nie jest jakoś szczególnie zarysowane. Ot, wiemy, że są trzy siły w Kosmosie - Cesarstwo, Republika i piraci. Na razie poznamy tylko dwie i jedynie z czasu obecnego. Nie liczcie na to, że dowiecie się coś więcej o historii powstawania tych sił, poza ogólnikami nie ma nic.
Postacie, pomimo iż podobały mi się, przyznaje, że są przeciętne. Zachowują się jak wojsko niskich lotów - siłę i potęgę i sam "charakter" pokazuje się poprzez wulgaryzmy jak i agresywne zachowanie. Słowo "pierdolić" spotkamy we wszystkich przypadkach i rodzajach, nie wspominając już o kurwach czy innych chujowych dupach. Zrozumiem, jak jedna, dwie postacie bluzgają, ale prawie każda? Takie meh. Chyba jedynie Sułtan i Inkwizytor nie biorą udziału w show "20 zakazanych słówek". Także nawet nie potrafię powiedzieć coś więcej o poszczególnych postaciach niż "oficerowie, w Kosmosie, klną jak szewc'.
Przyznaję, że dowiedziałam się, iż antymateria jest dodatnia. Tyle. Książka stawia na akcję, ciągle coś się dzieje, a ja chciałabym bardziej zarysowanie realiów Kosmosu. No jest to typowa opera mydlana w Kosmosie.
Czy warto? Pfff, ja tam nie uważam czasu z książką za stracony, ale nie spodziewajcie się nie wiadomo jak wspaniałego dzieła. Czy sięgnę po kolejny tom? Dostałam go, także przeczytam.