Nauczył się odwagi. Odwagi, by podejmować ryzyko, zamiast się bać. Odwagi, by mówić, zamiast milczeć. Odwagi, by działać, zamiast marzyć.
Nauczył się żyć. Żyć poza kartkami swojego notatnika. Żyć tak, żeby zamiast wymyślonych historii móc spisywać wspomnienia. Żyć, jakby każdy dzień był ostatnią okazją, by czegoś doświadczyć.
Nauczył się kochać. Kochać to, że dom to nie zawsze miejsce. Kochać siebie. Kochać kogoś, nawet jeśli odejdzie.
Jednak przede wszystkim nauczył się, że Słońce ma złote włosy, oczy, które zdają się wiedzieć wszystko, i uśmiech będący w stanie rozświetlić najciemniejszą noc. Że Słońce wpada do twojego życia bez ostrzeżenia, żeby wywrócić je do góry nogami. Że Słońce zawsze w końcu znika.
Ale to w porządku, bo Julien nauczył się też, że nie wszyscy ludzie stają na twojej drodze, by towarzyszyć ci aż do jej końca. Że niektórzy pojawiają się na niej na jedno lato, żeby cię czegoś nauczyć, zanim odejdą w swoją stronę. Że są osoby, które poznaje się tylko po to, by tęsknić za nimi przez resztę życia.
Cóż, prawdę mówiąc jestem w szoku, że ta pozycja jest oceniana tak wysoko. Domyślam się, że jest to spowodowane tym że premierę miała stosunkowo niedawno. Książka ta była dość nudna, przynajmniej w moim odczuciu. Bezwątpienia głównym wątkiem jest tu tajemnica skrywana przez September, jednak oprócz tego w tej książce nie zadziało się nic ciekawego. Pierwsze 200 stron jest kompletnym laniem wody, kolejne 100 robi się ciekawsze, ale gdyby całość wyglądała jak ostatnie 100 stron to mogłabym powiedzieć, że ta opowieść jest moją ulubioną, bo historia September i Juliena miała ogromny potencjał, jednak niewykorzystany.
Skończyłam i… wow. Marta Łabęcka dalej umie doprowadzić mnie do załamania nerwowego (siedzę i płacze odkąd skończyłam) (mam ochotę umrzeć)
Ale co ja mogę powiedziec… pokochałam ich na wattpadzie, a tutaj na papierze po prostu oddałam im serce i dusze. Nie czuje się ani trochę. Ale było cudownie, po prostu niesamowicie 🥹 September i Julien już na zawsze będą częścią mojego serca. Kocham kocham kocham, a 5 gwiazdek to definitywnie za mało by ocenić wspaniałość tej historii.
3.5 Ciężka i niestety monotonna droga, ale dla przesłania warto. W innym życiu jest duża szansa, że bym na niej płakała - w tym muszę zadowolić się kilkoma ładnymi, zapadającymi w pamięć zdaniami.
[Współpraca reklamowa z Wydawnictwem BeYA] Tajemnicza dziewczyna pewnej nocy odwiedza hotel, w którym na recepcji pracuje Julien. Nie ma dokąd pójść, utraciła swoje dokumenty, a ponadto posiada niezwykły dar przekonywania i rozjaśnia każde pomieszczenie swoją urodą niczym słońce. Nawet ktoś taki jak Julien - zamknięty w sobie, nieufny i przestrzegający ponad wszystko zasad, nie jest w stanie oprzeć się September. Turystka zatrzymuje się hotelu i w zamian za okazaną pomoc, rozpoczyna pracę jako kelnerka, a jej pobyt znacznie się przedłuża.
September potrafi czytać z Juliena jak z otwartej księgi i ten przypomina jej namiastkę domu. Dla chłopaka nowo poznana dziewczyna jest źródłem inspiracji i doświadczeń, których on nigdy nie odważy się zdobyć. Zupełnie różni, lecz paradoksalnie tacy sami, a każde z nich ucieka przed własnymi demonami z przeszłości. Jednak największy problem pojawia się, gdy nawet w małym francuskim miasteczku tajemnice September mogą wyjść na światło dzienne... Dla Juliena może to skończyć się złamanym sercem.
Moja relacja z “September Sun” jest skomplikowana. Pierwsze 200 stron to była dla mnie droga przez mękę i wynikało to z faktu, że nie potrafiłam się zaangażować w historię. Niestety, pierwsza połowa książki bardzo mnie nudziła, czułam, że czytam bez większego skupienia, a zdarzały się nawet momenty, w których przysypiałam.
Język, którym posługuje się Marta Łabęcka jest nieco poetycki, aczkolwiek specyficzny w moim odczuciu. Całkiem możliwe, że to z nim na początku miałam najwięcej trudności. W trakcie czytania zdążyłam się do niego przyzwyczaić, jednak po namyśle jestem niemal pewna, że nie jest to styl, który mi odpowiada. Mimo tego, rozumiem osoby, które odbierają twórczość Marty w zupełnie inny sposób i wierzę, że można się zakochać w jej piórze. Dla mnie było po prostu zbyt wiele niepotrzebnego przeciągania historii i “rozwlekania” jej za pomocą pięknych słów.
To, co podobało mi się w książce najbardziej to stworzony małomiasteczkowy klimat z rodzinną atmosferą i nutką tajemniczości oraz sama kreacja głównych bohaterów. Umiejscowienie akcji we Francji z widokiem na klify w Dover okazało się wspaniałym pomysłem i czytając “September Sun” doskonale potrafiłam je sobie wyobrazić. Bardzo szybko polubiłam się z hotelem, jego pracownikami i ich rutyną. Julien co prawda z początku mnie irytował, ale z każdym rozdziałem rozumiałam go coraz lepiej i finalnie jestem pozytywnie zaskoczona jego postacią. Jeśli natomiast chodzi o September, oczarowała mnie i to dzięki niej druga połowa książki okazała się naprawdę wspaniała. Jej sekrety i stopniowe odkrywanie przeszłości dziewczyny były dla mnie najbardziej interesującym aspektem “September Sun” i nie obyło się bez kilku szokujących informacji.
Jedyne zastrzeżenie mam do powodu, przez który September stała się posiadaczką tak wielu tajemnic. Uważam, że brakuje w nim logiki i dostrzegłam kilka absurdów. Wielka szkoda, zwłaszcza, że przez całą książkę główna bohaterka jest przedstawiona jako ktoś naprawdę sprytny i inteligentny.
Co do samego zakończenia, nie zachwyciło mnie, ale też nie jestem bardzo zawiedziona. Było w porządku. Spodziewałam się potoku łez, a zamiast tego poczułam raczej coś na kształt nostalgii oraz delikatnego wzruszenia.
Z “September Sun” miałam wzloty i upadki, słabsze momenty i takie, które trafiły do mojego serca w stu procentach, ale uważam, że patrząc na całokształt jest to wartościowa historia, która porusza ważne i trudne tematy, potrafi zmusić do refleksji oraz pozostaje w pamięci czytelnika. Choć nie było idealnie, będę ciepło wspominać Juliena i September, a nawet odczuwam żal, że przyszło mi się z nimi rozstać.
z wiekim bólem serca daje tej książce dnf 🥲 obiecałam, że w tym roku nie będę ich dawać a jednak… nie lubie stylu pisania marty, jej książki okropnie mnie nudzą i chyba nigdy się do nich nie przekonam
4/5⭐️ ooooh to było takie dobre! spodziewałam się, że będzie to bardziej romans romans, ale moim zdaniem jest to bardziej książka obyczajowa… jest więcej wątków niż tylko ten romantyczny (są świetnie zrobione). a sam wątek romantyczny był cudowny! budowanie napięcia również było świetne! jest tu wiele cudownych zdań, do których warto wrócić. porusza też ciężkie tematy. cu do wne!!!
Historia Juliena pokazuję, że nie wszyscy ludzie stają na naszej drodze, by towarzyszyć nam, aż do jej końca. Uczy, że niektórzy pojawiają się na niej na jedno lato, żeby nas czegoś nauczyć, zanim odejdą w swoją stronę. Uczy, że są osoby, które poznaje się po to, by tęsknić za nimi przez resztę życia.
„September sun” było moją pierwszą pozycją spod pióra Marty. Na samym początku historii miałam delikatny problem, by się w nią wkręcić, jednak z każdą kolejną stroną coraz bardziej zatracałam się w tym tytule. Marta Łabęcka posługuje się warsztatem pisarskim, który oczarował mnie już podczas czytania pierwszych stron. Zwroty akcji, a przede wszystkim tajemnice September, których się dowiadujemy, tak mnie zaskakiwały. Dosłownie wszystko w tej książce się ze sobą łączyło, sprawiając, że siedziałam w totalnym oszołomieniu. Nie mogę nie wspomnieć również o świecie, do którego czytelnik przenosi się podczas czytania historii Juliena i September. Ciche nadmorskie miasteczko położone na północy Francji.
Pisarz.
Julien nie jest typowym chłopakiem, o którym często można czytać w przeróżnych tytułach. Jest spokojnym i nieśmiałym bohaterem, który przy pomocy September otwiera się przed nią, czuję się wysłuchany i zrozumiany. W jakimś stopniu został również zrozumiany przeze mnie. Czasem miałam wrażenie, że jest moim odbiciem lustrzanym.
Jego muza.
September dziewczyna, od której bije aura tajemniczości, sprawiając, że czytelnik pragnie poznać każdą jej tajemnice. Podróż przez skrywaną przez nią przeszłość była wyważona i stopniowo odkrywana. Jej postać oraz historia niesamowicie mnie urzekły.
Ta dwójka jest totalnym zróżnicowaniem i kompletnie innymi charakterami, jednak pasują do siebie jak nikt inny. Relacja między nimi była wyjątkowa i trudno mi znaleźć słowa, aby ją opisać. Julien dzięki September nauczył się odwagi. Nauczył się żyć. Nauczył się kochać.
Pozycja niesie ze sobą wiele wartości. Pokazuje, że nie każdy, kto pojawia się w naszym życiu zostanie w nim na długo, a zostawią tylko piękne wspomnienia. Pokazuje, że warto otworzyć się na inne osoby i spełniać swoje marzenia.
Są takie osoby, które poznaje się tylko po to, aby czegoś się od nich nauczyć, a następnie tęsknić za nimi przez resztę życia. Na mojej drodze nie było osoby, a książka. Ta historia jest moim własnym saudade.
,,September sun’’ bez żadnego wahania mogę określić książką mojego życia. Ta historia w mojej głowie nie ma sobie równych. Gdy pierwszy raz rozmawiałam o niej z Martą podczas targów w Warszawie wiedziałam, że przepadnę, ale w życiu nie pomyślałabym, jak znacząca będzie dla mnie historia September i Juliena.
W tej pozycji piękno przebija przez każdą kartkę, niczym promyki słońca. Mogę wręcz określić, że ta historia jest jak słońce, które otuli cię ciepłem nawet w najchłodniejsze dni. Jest jak powiew letniego wiatru. Julien i September stanęli na mojej drodze we właściwym czasie, poznając ich na wattpadzie czułam, jak promienie powoli przebijają się przez chmury w moim życiu, aż rozświetliły je bezgranicznie.
,,September sun’’ po raz kolejny utwierdziło mnie w przekonaniu, że Marta Łabęcka w mistrzowski sposób przekazuje emocje, które trafiają do czytelnika w kilkukrotny sposób. Ubiera myśli w tak piękne słowa, że często właśnie to piękno wywoływało u mnie wzruszenie. Pióro Marty jest niesamowicie poruszające. Każda jej książka zapisuje się w moim sercu, jednak w SeSun jest coś wyjątkowego, „innego”.
Gdybym miała określić Juliena jednym słowem to byłaby to „odwaga”. Przez całą powieść możemy zaobserwować ogromne zmiany w jego zachowaniu. Poznajemy go jako skrytego mężczyznę, którego życia skupia się wokół hotelu oraz jego notatnika. Zamknięty w swojej skorupie zatraca się w tym co już zna. Jednak za sprawą niespodziewanego pojawienia się słońca w deszczową noc w hotelu na wzgórzu, skorupa zaczyna pękać, a Julien zaczyna wychodzić ze swojej strefy komfortu. Ta postać jest zarówno tak pięknie, ale i boleśnie prawdziwa. Autorka wykreowała go w taki sposób, że stanie się on dla wielu osób inspiracją, osobą która może uświadomić kogoś, że wychodzenie poza swoje bariery może nauczyć nas o samych sobie ogromnie dużo. Czytając każdy kolejny rozdział czułam, jakbym poznawała nowego Juliena. A gdy pod koniec książki pomyślałabym sobie w jakim punkcie zaczynał to pierwsze co poczułam była „duma”. Niesamowicie ogromna „duma”.
Jednak dla September ciężko byłoby mi znaleźć tylko jedno słowo. Jest ona jak burza, wywraca twoje życie o 180 stopni, aby później niespodziewanie z niego zniknąć pozostawiając po sobie znaczące ślady. Bohaterka uciekając pierwszy raz rozpoczęła niekończącą się podróż. Od jednego miejsca do kolejnego, od miejsca do miejsca, nie osiedlając się nigdzie na dłuższy czas. Tak samo jak w przypadku Juliena skorupa September się przebija, jednak w troszkę inny sposób. Kobieta z pozoru jest dość otwarta z wielką chęcią opowiada o swoich podróżach, jednak gdy przychodzi do rozmowy o swojej młodości, rodzinie to znacząco go ucina. Widzimy tutaj, że na przestrzeni czasu Julien poznaje coraz więcej na temat jej przeszłości. Moje serce łamało się na milion kawałeczków, gdy widziałam jakąkolwiek wzmiankę o domu rodzinnym dziewczyny. Ten wątek jest bardzo poruszający i jestem pewna, że wywoła niejedne łzy.
Ta dwójka stała się moim domem. Domem do którego będę mogła wrócić, gdy słońce w moim życiu przysłonią chmury. Ich relacja jest piękna. Mimo początkowo ogromnej i wzajemnej niechęci tej dwójki, coś ich do siebie ciągnęło. Jakaś siła postawiła ich na swoich drogach, nie bez przyczyny. September stała się dla Juliena inspiracją. Natchnięty jej przygodami zaczyna spisywać je w swoim notatniku, ubierając to wszystko w piękną powieść. Przelewa on w ten sposób swoje emocje i uczucia względem dziewczyny. Czymś co niesamowite mnie poruszyło to sposób w jaki Julien myślał i opisywał September. Każdy z tych opisów doprowadzał mnie do wzruszenia swoim pięknem. Nie wiem czy kiedykolwiek spotkałam się z tak pięknym opisem drugiej osoby. Nie tylko wyglądu, ale także wnętrza i to właśnie one były tymi jeszcze bardziej poruszającymi. Jednak nie tylko Julien znajdywał piękno w dziewczynie, ale działało to także w obie strony. Mężczyzna myślał o sobie w kategorii nudnego oraz „dziwaka”. Jednak September nie poprzestała na tym co on myśli o sobie, a poznawała go coraz bliżej i za każdym razem starała uświadomić Juliena jak ciekawą i wartościową osobą jest. Dzięki niej zaczął siebie inaczej postrzegać, co było na maxa poruszające, jak za sprawą jednej osoby nasze myślenie może diametralnie się zmienić. Ich relacja była oparta na pięknym zaufaniu, które było budowane z każdą wspólnie spędzoną chwilą. Pierwszym przełamaniem lodów, była scena na targu antyków, która poruszy nie jedno serce. Ich relacja była czymś w rodzaju najpiękniejszej przyjaźni, niczym bratnie dusze, które w końcu siebie odnalazły.
Autorka zadbała również o barwne postacie poboczne. Niektóre z nich są pozytywne, a inne wręcz przeciwnie. Ale to pozostawiam już wam do odkrycia. Jednak z nich wszystkich zdecydowanie mogę wskazać mojego ulubieńca, a jest nim Theo. Jest on drugim słoneczkiem tej książki, wprowadza wiele uśmiechu do życia bohaterów, a swoimi żartami nie raz sprawi, że na waszej twarzy pojawi się uśmiech. Jego relacja z Julienem jest dość specyficzna, ale gdyby cokolwiek działo się z którymś z mężczyzn, drugi od razu rzuciłby się na pomoc, nie patrząc za siebie.
Dodatkowego klimatu historii dodaje Sangatte, czyli miasteczko w którym osadzona jest akcja. Przepiękne i malownicze miejsce z widokiem na klify w Dover. Właśnie, klify. Dla jednych będą one wspomnieniami, dla innych marzeniami. Autorka ponownie wykorzystuje ich wątek w piękny sposób, tworząc na nich naprawdę wzruszającą scene. Osoby, które znają twórczość Marty mogą się ze mną zgodzić, że klifów po prostu nie da się nie kochać.
Autorka zawiera w tej historii wiele kontrastów, a jednym z nich jest podróż. Dla Juliena jest to coś nieosiągalnego, marzenie które jest tak blisko, a z drugiej strony tak daleko. Dla September jest to sposób na życie. Gdy pierwszy raz wyruszyła w podróż, nie potrafiła przestać. Jest to pięknie ukazane jak takie dwa spojrzenia się spotykają.
Całość historii została poprowadzona w świetny sposób. Z początku autorka daje nam czas, aby wczuć się w klimat i w pełni wejść w późniejszą akcję książki. Marta w każdym rozdziale zasiewa troszkę tajemnicy, co sprawia, że czytelnik nie jest w stanie oderwać się od książki. Pochłonęłam tą pozycję na dwa razy i gdyby nie szkoła jestem pewna, że dałabym radę i w jeden. Marta swoim stylem pisania sprawia, że odcinam się od świata zewnętrznego i na te kilka godzin przenoszę się do malowniczego Sangatte.
I na samym końcu chciałabym podziękować tobie Marta za napisanie ,,September sun’’. Stała się ona książką mojego życia, do której będę wracać w gorszych momentach. Po prostu tą, że gdy o niej pomyślę na moim sercu wyleje się ciepło i uśmiech wstąpi na twarz. Julien i September wiele mnie nauczyli, ta historia skłania do masy refleksji i cieszę się, że dane było mi ją poznać. Stać się po niej lepszą osobą. Po prostu dziękuję 🥹☀️
skończyłam czytać właśnie SeSun. stan: nie czuję się. zdecydowanie jest to moje nowe odkrycie, czytałam od Marty wcześniej dwie pierwsze części flawsow dawno temu, ale wiem, że muszę nadrobić jej książki, bo przepadłam dla tego stylu pisania. ta historia była po prostu piękna i bolesna jednocześnie. polecam ją wszystkim, którzy żyjąc w ciągłym pędzie pragną zatrzymać się na chwilę w miejscu, odetchnąć, usłyszeć historię warta opowiedzenia i poczuć się jak w domu. tym stał się Julien dla September - domem.
byłam pewna, że to smutna pozycja, gdzie dostaniemy kontrast pomiędzy beztroskim i nostalgicznym okresem życia głównego bohatera a teraźniejszością, której codziennie towarzyszy tęsknota za dawnymi, idyllicznymi czasami tymczasem mam wrażenie, że to pozycja głównie skupiająca się na opowiedzeniu historii dziewczyny z trudną przeszłością z odrobiną refleksyjnych cytatów i przemyśleń 🤯 bach, koniec książki, nie mają szans na happy end ❌ ale może taki był zamysł, a ja czytając opis książki, mylnie ją zinterpretowałam? anyway, nie płakałam; disappointed and suprised
Ta książka była naprawdę dobra, czasami zastanawiałam się nad wyborami September kocham Juliena mega komfortowa osoba!! Plot twisty były dla mnie serio szokujące
Marta jak zwykle zachwyca lekkością swojego pióra! Czytając książkę czułam się tak jakby dryfowała między kartkami, mimo że książka napisana jest z perspektywy trzecioosobowej za czym nie przepadam to książki Marty robią ze mną coś niesamowitego i nie zwracam na to większej uwagi. Bohaterowie przecudownie wykreowani a ich emocje ukazane w bardzo dobry sposób przez co czujemy niemal ich obecność. Jeśli chodzi o bohaterów jakich stworzyła autorka odbiegają oni od schematu, nastąpiła mała zamiana ról i tym razem to dziewczyna jest tą tajemnicza dziewczyna w mieście która pojawia się nagle w życiu pewnego spokojnego chłopaka zamiłowanego w książkach lub bardziej w pisaniu historii których nigdy nie dokończa jest to opowieść o sile miłości i tego, że czasami warto pomyśleć co jest dla nas najlepsze… Książka ukazuje tą bolesna część miłości w której darzenie się uczuciem czasami nie wystarcza a pokazanie jak bardzo zależy nam na tej drugiej osobie wymaga poświęceń czasami nawet wymaga poświęceń tych uczuć wobec drugiej osoby 💔
To nie ja skończyłam tą książkę a to ona skończyła mnie.
𝐒𝐞𝐩𝐭𝐞𝐦𝐛𝐞𝐫 𝐬𝐮𝐧 to książka wręcz idealna dla mnie. Pełna niesamowitych historii, niespodzianek i pięknych cytatów.
Dodatkowo cały jej klimat, sama September, Julien, nadmorskie miasteczko. To wszystko nie dość, że sprawiło że jeszcze bardziej zagłębiłam się w tą książkę to przypominało mi o 𝐭𝐫𝐲𝐥𝐨𝐠𝐢𝐢 𝐅𝐥𝐚𝐰𝐬𝐨́𝐰 tej samej autorki. Sprawiło, że znowu chcę po nią sięgnąć.
Widać, że styl pisania Marty Łabęckiej przeszedł zmiany i to zdecydowanie no dobre. Jest lekki i przyjemny do czytania.
Wydarzenia i plot twisty pozwalają na płacz, na śmiech i zastanowienia nad życiem.
Jestem zakochana w bohaterach tej historii. A już szczególnie w September. To jaka jest, jakie życie prowadzi i dlaczego je prowadzi. Co jest jej historią, jakie jeszcze historie przeżyje. Jestem nią tak zafascynowana jak sam Julien ją. Poniekąd żyje ona moimi marzeniami i gdy o niej czytam czuję ciepło i postanawiam cele.
Julienowi także nie mogę odmówić, że jest świetnym bohaterem. Zbudowanym kompletnie inaczej, w bardzo wrażliwy i wyjątkowy sposób.
Są oni kompletnymi przeciwieństwami. Ogniem i wodą. Klifami i morzem. Poetą i muzą. Ich relacje jest przepiękna, a jej zakończenie bolesne ale idealne i prawdziwe dla nich.
Zakończenie całej książki jest dopasowane perfekcyjnie. Wiem, że napewno sięgnę jeszcze po tą historię o znalezieniu siebie, spełnieniu marzeń i poznaniu domu.
„Każda historia jest warta opowiedzenia. Trzeba tylko znaleźć osobę, która będzie chciała ją poznać...”
Bez dwóch zdań mogę powiedzieć, że nie zawiodłam się na Marcie Łabędzkiej. Miałam spore wymagania po „My Beloved Monster".Urzekło mnie, jak autorka trzyma czytelnika w napięciu, powoli podsuwając kolejne kawałki układanki. Tym razem nie było inaczej. Kolejną rzeczą, której nie mogę, jej zarzuć, jest styl pisania. To jak autorka przelewa uczucia na papier, jest nie do opisania. Nie jednokrotnie szczerzyłam się do książki jak głupia lub wzruszyłam się do łez.
September Sun to historia Juliena, który od urodzenia tkwi w nudnej nadmorskiej miejscowości, a swoje marzenia przelewa na papier. Gdy nagle pojawia się Ona. Promień słońca w jego monotonnym, pozbawionym spontaniczności życiu. September pokazuje mu drogę do przełamania dotychczasowych schematów i pozwala mu uwierzyć w siebie. Lecz skrywa wiele sekretów, w skrupulatnie chowając je pod maską pozytywnej dziewczyny w podróży. Przy nim jednak maska zaczyna pękać a tajemnice, które September miała wziąć ze sobą do grobu, w każdej chwili mogą ujrzeć światło dzienne.
Z całego serca polecam wam samemu sprawdzić, czy historia ta skradnie wasze serca i umysły. A może stanie się waszym saudade?
PS. Jest drobne nawiązanie do innej książki Łabędzkiej. Jestem ciekawa czy je znajdziecie...
Dawno nie utożsamiłam się z bohaterem. Julien oprócz ,,Juli" w imieniu ma ze mną sporo wspólnych cech.
Było trochę przegadana i jak dla mnie za mało trzymała się kupy, ale wciągnęłam się jak szalona. Mam wrażenie, że Marta czasami gubi się w narracji i to kolejna książka, w której narracja jest największym problemem.
Piękna a zarazem smutna pozycja, która chwyta za serce. Książki autorki nie licują z typowymi historiami o szczęśliwym zakończeniu. Dobrze, że na końcu był epilog bo byłabym rozdarta.
Byłam mega ciekawa z kim się utożsamię, i nie musiałam się długo zastanawiać, by powiedzieć że Julien. Może nie w 100%, ale naprawdę mocno. Julien jest skryty w sobie, nie lubi przebywać z ludźmi, i praktycznie cały czas ma rozładowaną baterię społeczną. Ale wszystko się zmienia, gdy znajduje tę jedną osobę. Przy niej może spędzać cały swój czas i nie narzekać. Dosłownie to brzmi jak ja, z tą różnicą, że moja bateria społeczna ma się w miarę dobrze przez większość czasu, i zamiast tej „jednej jedynej” osoby, jaką znalazł Julien, u mnie te rolę pełnią moi przyjaciele🥹 Też wolę spędzać czas sama, i wolę moje towarzystwo, jednak przy odpowiednich ludziach czas płynie szybciej.
September. Soleil czyli słońce. Bohaterka będąca definicją słowa „żyje się raz”. Bohaterka z głęboką przeszłością, skrytą w sercu najgłębiej jak się da.
Kocham to, ile było tu plot twistów. Jakby naprawdę. Wiedziałam po mbm, że Marta ma łeb do takich rzeczy, ale still. +Giga podobało mi się to, że bohaterowie praktycznie w ogóle nie używali telefonów.
Rozdziały mają idealną długość. Są po takie 10-15 stron, co akurat przyspiesza czytanie. Zwłaszcza „jeszcze tylko jeden rozdział” hahahahah
Wyciągnęłam z „𝐒𝐞𝐩𝐭𝐞𝐦𝐛𝐞𝐫 𝐒𝐮𝐧” pewne wartości.❤️ Głównie by czerpać życie pełnymi garściami. Czasami krzyknąć sobie w głowie „yolo”. Bo przecież tak powstają najlepsze historie, prawda?? Czemu mamy tkwić w swojej bańce, nie chcąc wyjść poza strefę naszego komfortu? Dosłownie możemy zamiast tego zacząć żyć i spełniać najskrytsze marzenia…
Wyciągnęłam też, jak ważne jest dostrzeganie piękna w najprostszych rzeczach. Robię to od dawna, często nawet nieświadomie, i szczerze zachwycam się życiem. To takie urocze. Bycie szczęśliwym i uśmiechniętym z błahych rzeczy.🥹🥹
Jednak najbardziej dotarło do mnie, że coś, co trwa krótko, nie sprawia, że jest to mniej wartościowe czy wyjątkowe. Niby coś oczywistego, ale wbrew pozorom nie każdy zwraca na to uwagę. Na to, że te ulotne chwile często mogą być najlepsze na świecie. Albo na to, że małe rzeczy, które dla innych mogą nie mieć żadnego znaczenia, dla nas mogą stanowić ogromną zmianę. Zdecydowanie daje mi to wszystko tyle do myślenia, że zaraz głowa mi pęknie.
Podsumowując, 𝐒𝐞𝐩𝐭𝐞𝐦𝐛𝐞𝐫 𝐒𝐮𝐧 sprawiło, że czuję się zrozumiana, i wyciągnęłam z niej wiele ważnych rzeczy. Dziekuje Marta!!